Do Zespołu Szkół w Lipniku (okolice Myślenic) nie przyszło w środę 75 proc. uczniów podstawówki i 35 proc. dzieci z gimnazjum. Reszta pojawiła się, ale przeziębiona: - Kaszlały na lekcjach, infekując pozostałych uczniów. Trzeba było przerwać tę sytuację - mówi Janusz Paszcz, wicedyrektor szkoły. Wspólnie z samorządem zdecydował wczoraj o zamknięciu placówki.
Dziś i jutro nie będzie też lekcji w Zespole Szkolno-Przedszkolnym w Paleśnicy (woj. małopolskie). Dyrekcja tłumaczy, że dzieci przychodziły zdrowe, a wychodziły z gorączką, więc po konsultacjach z lekarzami zamknięto placówkę, by powstrzymać rozprzestrzenianie się infekcji. Do odwołania jest zamknięta od wczoraj łódzka Szkoła Podstawowa nr 109, w której u jednego z uczniów wykryto wirusa A/H1N1. A do piątku - zespół szkół w Skrzyszowie (pod Tarnowem).
MEN nie wie, ile placówek w Polsce zamknięto z powodu grypy, ani ile dzieci - czy to z powodu obaw rodziców, czy ataku wirusa - zostało w domu. W sprawie zawieszenia zajęć dyrektorzy nie muszą zasięgać opinii resortu, a ważna jest ta lokalnego samorządu. Nie ma też żadnego limitu nieobecności, po którego przekroczeniu placówkę trzeba zamknąć. Wystarczy, że w ocenie dyrektora zdrowie dzieci jest zagrożone.
Frekwencję w szkołach i przedszkolach monitoruje sanepid. W zeszłym tygodniu np. w Małopolsce absencja wyniosła ponad 20 proc. Na Mazowszu w domach zostało 39 proc. uczniów podstawówek i ponad połowa przedszkolaków. Dane z tego tygodnia wojewódzkie stacje sanepidu dostaną dziś. Wtedy będą mogły policzyć, czy i w jakim tempie przybywa chorych dzieci.
Rodzice, z którymi rozmawialiśmy, rzadko przyznają, że zatrzymali dzieci w domach wyłącznie ze strachu przed zarażeniem grypą. Większość deklaruje jednak, że dzieci zostaną w domu dłużej niż wynikałoby to ze zwolnienia lekarskiego: aż wydobrzeją, a sytuacja epidemiologiczna się uspokoi.
Panikuję? Minister zdrowia mnie nie uspokoiła Michał Stangret z Warszawy, tata 4-letniej Marysi (dziennikarz "Metra"): - Marysi do przedszkola nie puszczamy od trzech tygodni. Jeszcze przed wybuchem całej tej epidemii złapała jakiegoś grypopochodnego wirusa. Ponieważ ma trzeci migdałek, za każdym razem byle przeziębienie powoduje, że córka prawie nie słyszy. Tym razem jest tak samo. Gdyby nie szalejąca epidemia, być może posłałbym ją już do przedszkola, ale w tej sytuacji wolę, by porządnie się wykurowała. Panikuję? Gdyby minister zdrowia przekonała mnie, że nie ma powodów do paniki, może bym nie panikował. Jak mnie przekona, puszczę Marysię do przedszkola nawet jutro, bo nie może już wytrzymać w domu. Mimo że jest pod świetną opieką babci.
Zwolnienie jest do piątku, ale zatrzymam córkę w domu dłużej Bogusława Fiałkowska-Smoter ze Skrzyszowa, mama Justyny (IV klasa): - W klasie córki w ubiegły czwartek było raptem czworo uczniów. W poniedziałek Justyna się rozłożyła: katar, kaszel, gorączka. Poszłyśmy do przychodni, a tam w kolejce chyba z 70 dzieciaków. Córka już trzeci dzień bierze antybiotyki. Trochę się martwiłam co z pracą, bo to niepewne czasy. W końcu jednak wzięłam wolne - opiekę nad dzieckiem - i siedzimy w domu. Lekarz wypisał córce zwolnienie do piątku, ale w następnym tygodniu jeszcze zatrzymam ją w domu, choć szkoła ma być już otwarta. Niech się porządnie wykuruje. Nie ma sensu, żeby szła do szkoły niewyleczona i osłabiona. Nie dość, że będzie prychać na inne dzieci, to jeszcze sama łatwiej może coś złapać.
Szkoła zamknięta - i dobrze Barbara Zegar ze Skrzyszowa, mama Jadwigi, Kingi i Bartka: - Zaczęło się od najmłodszego - 4-letniego syna. Przez kilka dni miał gorączkę, ponad 39 st. C. Dostał antybiotyki i już jest lepiej, tyle że córki - drugo- i czwartoklasistka - też mi się pochorowały. Na szczęście łagodniej to przechodzą, choć też jest katar i silny kaszel. Nie pracuję, więc nie było problemu, żebym się nimi zaopiekowała. Ale taki szpital w domu z trójką chorych dzieci to dramat. Jednemu podaję leki, dla drugiego biegam po zeszyty, żeby nie było zaległości. Dobrze, że pani dyrektor zdecydowała się na razie zamknąć szkołę, to chociaż o te lekcje nie muszę się martwić.
Dyrektorka: absencja rosła w oczach Natalia Kalemba, dyrektorka szkoły podstawowej nr 2 w Skrzyszowie: - Chorych dzieci przybywało z dnia na dzień: w czwartek nie było 36 proc. uczniów, w poniedziałek 62 proc., we wtorek 71 proc. Obdzwoniłam rodziców, by dowiedzieć się co się dzieje. Poinformowali mnie, że dzieci źle się czują. Zapytałam od razu, czy jeśli zamkniemy szkołę, będą mogli zapewnić dzieciom opiekę - potwierdzili. W porozumieniu z samorządem zdecydowałam więc, że na razie nie będzie lekcji. Ja nie robię sobie wolnego, będę w szkole w tym czasie, by wypełniać zaległe papiery. Wiec gdyby ktoś nie mógł zaopiekować się dzieckiem, może je przyprowadzić. Z deklaracji rodziców wynika jednak, że nie będzie takiej potrzeby.
Czy rodzice przesadzają? Dr Maria Bachorek, pediatra: - Lepiej, żeby dziecko zostało w domu, kiedy w jego szkole czy przedszkolu infekcje przechodzi dużo innych dzieci. Tym bardziej, jeżeli dziecko samo niedawno chorowało i jego organizm nie zdążył jeszcze odbudować swojej odporności. Kiedy widzimy pierwsze objawy choroby, nie powinniśmy tego ignorować i czekać, aż "samo przejdzie". Zaprowadzenie dziecka do szkoły w takiej sytuacji to nieodpowiedzialne narażenie jego i innych uczniów. Dlatego zawsze zalecam rodzicom, by w sezonie częstszych zachorowań nie bali się podejmować decyzji o zatrzymaniu dziecka w domu. To nie przesada, ale zdrowy rozsądek.
Zatrzymaliście dziecko w domu? Dlaczego? Było chore czy baliście się zarażenia? Pisz:
metro@agora.pl