http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Za kłamstwo trzeba płacić, ale nie wolnością

Mariusz Jałoszewski
2009-11-23, ostatnia aktualizacja 2009-11-23 20:08

Już ponad tysiąc osób w Polsce zostało skazanych za zbyt ostre wyrażanie swoich poglądów. Helsińska Fundacja Praw Człowieka apeluje, by zlikwidować przepis, z powodu którego za słowa można pójść do więzienia

Dr Adam Bodnar
Fot. Agnieszka Wocal / AG
Dr Adam Bodnar
>> Pies policyjny działa jak broń

Z raportu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wynika, że od 1998 r., gdy w życie wszedł artykuł 212 kodeksu karnego wprowadzający dwa lata więzienia za pomówienie, skazano na jego podstawie 1069 osób, w tym 241 na więzienie. W tym gronie są zarówno dziennikarze, jak i osoby, które w zbyt ostrych słowach napisały list do urzędu.

- Dziennikarz nie pisze dla siebie. Działamy dla wspólnego dobra. Mamy prawo się pomylić, bo nie możemy przesłuchiwać i zbierać dowodów jak policja czy prokuratura. Więc straszenie nas za to więzieniem jest represją - mówi Cezary Łazarewicz z "Polityki", który miał do tej pory trzy procesy karne (wygrane).

Kary więzienia za słowa miały zniknąć. Tego chciał rząd Donalda Tuska, który przygotował zmiany w prawie. Zapowiadali to również partyjni liderzy z PiS i PO. Restrykcyjny przepis bywa nadużywany do kneblowania ust krytykom i niepokornym dziennikarzom.

Dziennikarka "Super Expressu" za opisanie sześć lat temu kontrowersyjnych braci z Warszawy jako "pedofilów z Żoliborza" została skazana na rok więzienia w zawieszeniu i 15 tys. zł nawiązki dla oskarżyciela. Nie pomogło tłumaczenie, że chciała chronić dzieci. Robert Rewiński, były dziennikarz zielonogórskiej "Gazety Wyborczej" nie stawił się na proces, który wytoczył mu lokalny biznesmen (zmienił adres i nie dostał wezwania), trafił nawet na kilka dni do aresztu.

- Kiedy dziennikarze będą bali się pisać, lokalne dziennikarstwo straci rację bytu. A przecież ktoś musi patrzeć władzy na ręce - podkreśla Jacek Brzuszkiewicz, zastępca redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" w Lublinie.

Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, chciał zmienić restrykcyjne przepisy. Za zbyt ostry język miały grozić grzywny lub prace społeczne. Ale posłowie więzienie pozostawili. Kara będzie tylko o połowę krótsza (rok więzienia). I dotyczyć będzie jedynie zniesławienia za pośrednictwem mediów.

- Wolność słowa nie jest karana, tylko kłamstwo - bagatelizuje prof. Marian Filar z sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka.

- Słowem można zabić. Wiele osób nadużywa tej wolności - dodaje poseł Jerzy Kozdroń (PO). Dlaczego jednak zniesiono kary więzienia dla zwykłych obywateli, a dla dziennikarzy nie?

- Pytaliśmy ekspertów i powiedzieli, że oszczerstwo, które pojawi się w mediach, ma dużo większą siłę rażenia niż rzucone w sytuacji, gdy kumoszka wyzwie kumoszkę - tłumaczy Kozdroń. Posłowie "uspokajają", że problemów nie będzie, gdy media będą pisać prawdę. Poza tym nikt jeszcze dziennikarzy nie zamykał, bo wyroki zapadają w zawieszeniu.

Jednak zdaniem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Izby Wydawców Prasy, przepis jest zagrożeniem dla wolności słowa. Sama zapowiedź procesu niektórym mediom zamyka usta.

- Skoro nikogo nie zamknięto, to po co utrzymywać przepis? Na wszelki wypadek? On może być nadużywany i ogranicza wolność słowa - zarzuca Adam Bodnar z Fundacji.

Dlatego Fundacja zaapelowała wczoraj do prezydenta, premiera i marszałka Sejmu o unieważnienie paragrafu 212 kk, podobnie jak likwidację kary więzienia za znieważenie prezydenta. Bodnar przekonuje, że z pisania nieprawdy dziennikarze mogą tłumaczyć się w procesach cywilnych (grozi w nich odszkodowanie).

Skasowanie cenzorskiego przepisu popiera SLD. Za był też PiS, ale w zamian chciał wpisać więcej zakazów do prawa prasowego.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Źródło: Dziennik Metro
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów