http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Aleśmy się rozjechali

Jacek Różalski
2009-11-26, ostatnia aktualizacja 2009-11-26 20:54

Już nie tylko Warszawa przyciąga pracowników. Ludzie szukają pracy także na prowincji. Jedna czwarta Polaków zarabia na życie dziesiątki kilometrów od domów


Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta
Z danych GUS wynika, że już 2,3 mln osób (24,7 proc. zatrudnionych) pracuje nie tam, gdzie są zameldowane. W większości polskich gmin ludzie dojeżdżają do pracy po kilkadziesiąt, a bywa że i kilkaset kilometrów. Jeszcze 8-10 lat temu tak ruchliwych Polaków było dwa razy mniej.

- To świadczy o tym, że z narodu osiadłego, który bał się ruszyć w poszukiwaniu pracy, staliśmy się społeczeństwem mobilnym, które już nie czeka, aż praca sama się znajdzie - podkreśla Władysław Łagodziński, rzecznik GUS.

Szlak przetarli emigranci - po 2004 roku ponad 2 mln Polaków wyjechały do pracy do prawie wszystkich krajów Unii. Kryzys sprawił, że saksy przestały być atrakcyjne.

Wiola i Paweł mieszkają w Olsztynie, ale pracują w Zakładach Meblarskich w oddalonym o 65 km Wielbarku. Codzienny dojazd własnym samochodem zajmuje im 45 minut. - W Olsztynie nie mogliśmy znaleźć pracy zgodnej z naszymi kwalifikacjami i doświadczeniem. Poza tym, zaproponowano nam o wiele wyższe zarobki - mówi Wiola. Dojazdy kosztują ich miesięcznie 600 zł. Ale i tak zmiana pracy się opłaciła.

- Wstaję o wpół do piątej rano. Pociągiem z Radomia do Warszawy dojeżdżam w 2,5 godz. Kanapki jem w wagonie, ale nie żałuję, bo dzięki temu zarabiam 4 tys. zł, a nie 1,2 tys. jak w Radomiu - mówi Tomasz Gałęski, który w stolicy jest informatykiem w międzynarodowej firmie. Za bilet płaci 29 zł.

Najaktywniejsi są Ślązacy. Prawie 400 tys. z nich pracuje poza miejscem zamieszkania. Ruchliwi są Wielkopolanie (269 tys.), mieszkańcy Mazowsza (265 tys.) i Małopolski (235 tys.). Natomiast Podlasianie nie lubią się ruszać - tylko 33 tys. z nich pracuje poza własną miejscowością.

Warszawa, gdzie płaci się najwięcej w kraju, wciąż zasysa pracowników. Pracować do stolicy przyjeżdża codziennie prawie 200 tys. osób. Z Łodzi, Lublina, Radomia, nawet z oddalonego o 320 km Krakowa. Podróż pociągiem InterCity trwa 2,5 godziny.

Ale podobnie jak Wiola i Paweł, coraz więcej mieszkańców dużych miast decyduje się na szukanie pracy w sąsiednich gminach. Powód jest prosty. W ostatnich latach na obrzeżach dużych miast oraz otaczających je gminach powstały centra handlowe oraz duże zakłady produkcyjne. To dlatego setki mieszkańców Torunia pracują w oddalonych o 30 km zakładach Sharpa w Łysomicach. Do Kobierzyc (20 km od Wrocławia), gdzie jest park technologiczny firmy LG produkującej telewizory i sprzęt AGD, dojeżdżają nie tylko mieszkańcy stolicy Dolnego Śląska, lecz także legniczanie, którzy do pracy mają 70 km. 90 proc. pracowników zakładów General Motors (położonych kilkanaście kilometrów od Gliwic) dojeżdża z niemal całego Górnego Śląska, nawet po 40-50 km.

- Ludzie zauważyli, że jazda przez zatłoczony Wrocław czy Łódź w godzinach szczytu zabiera tyle samo czasu, co wyjazd do pracy oddalonej nawet o kilkadziesiąt kilometrów od centrum rodzinnego miasta - mówi zajmujący się migracjami dr Romuald Jończy z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. - Ludzi już nie przeraża odległość, jeśli koszty i czas dojazdu są niewielkie.

Tym bardziej, że wiele firm organizuje pracownikom dojazdy. Magistraty dużych miast zdecydowały się na przedłużenie, a nawet uruchomienie nowych linii autobusowych, prowadzących do dużych firm na prowincji (tak jak Wrocław do Kobierzyc). Na własny transport decyduje się zazwyczaj tylko kadra menedżerska.

Masz temat dla reportera Metra? Pisz: metro@agora.pl

Źródło: Dziennik Metro
  • 24 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

  • To jest powód do zadowolenia? oservattoreromano 04.12.09, 09:42

    Cytat: - Wstaję o wpół do piątej rano. Pociągiem z Radomia do Warszawydojeżdżam w 2,5 godz. Kanapki jem w wagonie, ale nie żałuję, bo dzięki temuzarabiam 4 tys. zł, a nie 1,2 tys. jak w »