>>
Jak radzić sobie z wszystkojedzącym psem Barbara Wolińska-Szurmak sprzedawała srebrna biżuterię ze stolika. Przez osiem lat ustawiała go obok kiosku przy ul. Sobieskiego 111 w Warszawie. Każdego dnia przychodził do niej urzędnik (od października tego roku z Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami), brał 8 zł opłaty i wystawiał kwitek. 6 listopada zamiast poborcy zjawili się w asyście straży miejskiej urzędnicy Wydziału Działalności Gospodarczej i Zezwoleń. Cały towar handlarki wrzucili do worka, a w protokole napisali, że skonfiskowali: "stolik - szt. 1 oraz worek - szt. 1". Wystawili też mandat za handel poza miejscem do tego wyznaczonym - 500 zł.
- Biżuterię odzyskiwałam przez miesiąc. Odsyłano mnie od urzędu do urzędu - żali się kobieta. - W jednym poinformowano mnie, że jeśli będę się dalej awanturować, to w tym worku z protokołu dostanę dwie cegły - dodaje. W końcu dowiedziała się, że towar wylądował w należącym do miasta magazynie przy ul. Kolberga. - Magazyn to za dużo powiedziane - mówi pani Barbara. Sprawdziliśmy. Pomieszczenie to brudna, oświecona przez dwie żarówki zwisające z sufitu piwnica, zamknięta na dwie kłódki. W środku leżą turystyczne stoliki, parasole i kilkaset worków. Z plombami, ale założonymi tak, że można je zdjąć bez uszkadzania.
Według urzędników magazyn jest dobrze zabezpieczony, a plomby spełniają swoje zadanie. - Nie zdarzyły się pomyłki wydania towaru niewłaściwej osobie lub kwestionowania ilości odbieranego towaru - twierdzi Jacek Dzierżanowski, rzecznik mokotowskiego ratusza.
Barbara Wolińska-Szurmak nie zgadza się z urzędnikiem. - Kolczyki w worku były połamane. Straty wyceniłam na 500 zł - opowiada. I dodaje, że gdy 3 grudnia odbierała towar, nikt jej nie wylegitymował. - Mój worek mógł zabrać każdy z ulicy - mówi. Dziwi się, że przez lata pobierano od niej opłatę i wszystko było w porządku.
- Ta pani twierdziła początkowo, że ma zgodę właściciela terenu na handel przy Sobieskiego 111 i dlatego pobieraliśmy opłatę - wyjaśnia Dariusz Bieda z ZGN na Mokotowie. - Później okazało się, że nie chce jej pokazać na piśmie, więc skierowaliśmy sprawę do działalności gospodarczej i to oni zabrali towar - mówi.
- W życiu nikt nie prosił mnie o żadne dokumenty. Przychodzili, wyciągali rękę po pieniądze i tyle - odpiera zarzuty pani Barbara.
- Poza tym przy Sobieskiego nie stałam sama, a towar zabraliście tylko mi. Dlaczego? - pytała kobieta urzędników, gdy odbierała worek. - Bo reszta uciekła - odpowiedział jej Zbigniew Różański z Wydziału Działalności Gospodarczej. Ratusz nie ma sobie nic do zarzucenia, nie potrafi jednak wyjaśnić, dlaczego w tamtym miejscu handel kwitnie cały rok. Choć według uchwały Zarządu Dzielnicy Mokotów jest to możliwe tylko dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia i trzy tygodnie przed Wielkanocą.
- Jaki wniosek z tej historii? Handlować, nie płacić i wiedzieć, przed kim uciekać - mówi pani Barbara.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl