
Jeszcze na początku tego tygodnia niektórzy liczyli, że pojawienie się w Kopenhadze prezydentów i premierów światowych mocarstw sprawi, że prawie dwa tygodnie rozmów na temat sposobów powstrzymania globalnego ocieplenia zakończą się podpisaniem porozumienia. Dziś już wiadomo, że raczej nic z tego nie będzie. Prezydent USA Barack Obama, który w duńskiej stolicy zjawi się dopiero dziś, cudów nie zdziała. Już wczoraj zasygnalizowała to sekretarz stanu Hillary Clinton. Zadeklarowała, że jej kraj do roku 2020 r. jest w stanie wykładać 100 mld dol. rocznie na pomoc dla biednych państw w ich walce z ociepleniem klimatu, ale pod pewnym warunkami. USA czeka na to, co zrobią Chiny. Uważa, że skoro to one emitują najwięcej CO2, i w dodatku żądają na jego redukcję pieniędzy, to powinny zgodzić się na przeprowadzenie niezależnych pomiarów. A z tym jest kłopot. - Trudno sobie wyobrazić, by doszło do finansowych i prawnych zobowiązań w sytuacji braku przejrzystości ze strony drugiego największego emitenta - powiedziała Clinton.
Pekin jeszcze nie odpowiedział na tę zaczepkę, ale nie wróży ona raczej porozumienia, od którego zależy powodzenie obrad. Nadzieje na to stracili nawet sami organizatorzy spotkania.
- Szanse na porozumienie są niewielkie, gdyż negocjacje między biednymi i bogatymi krajami utknęły w martwym punkcie - powiedział wczoraj anonimowy duński urzędnik. Duńczycy chcieli, by ukoronowaniem konferencji było przede wszystkim ustalenie, o ile państwa będą redukować gazy cieplarniane oraz zgromadzenie funduszy dla biednych krajów, które nie są w stanie poradzić sobie ze skutkami zmian klimatu. Wczoraj ostatecznie zrezygnowano nawet z przygotowywania dokumentu podsumowującego szczyt. Los negocjacji pozostawiono liderom, którzy od wczoraj zjeżdżali z całego świata.
- Niepowodzenie wiąże się z ryzykiem dramatycznych szkód, które dotkną w szczególności najuboższe państwa, ale nikt się przed nimi nie uchroni - ostrzegała kanclerz Niemiec Angela Merkel. Powtórzyła, że Unia Europejska nadal jest gotowa w ciągu najbliższych trzech lat dać krajom ubogim ponad 7 mld euro, a do 2020 r. nawet 100 mld rocznie, oraz zmniejszyć do tego czasu emisję o 20, a nawet 30 proc., o ile inne państwa zobowiążą się zrobić to samo.
Były wiceprezydent USA i guru ekologów Al Gore zaproponował więc, że szansą na uratowanie szczytu może być to, by w lipcu 2010 r. w Meksyku odbyła się konferencja. Podczas niej będzie można sfinalizować porozumienie, jakie uchroni świat przed katastrofą, która zdaniem ekologów czeka nas w wyniku ocieplenia klimatu.