
"Lewym sierpowym na dwudziestolecie" zatytułowaliśmy tekst w środowym "Metrze", w którym opisujemy, jak przedstawiciele "Krytyki Politycznej" porównują reformy Balcerowicza do wprowadzenia stanu wojennego (tezy: represje przeciwko ruchowi społecznemu po 13 grudnia 1981 r. były według tej samej logiki co reformy Balcerowicza; w 1990 r. społeczeństwo dało sobie narzucić terapię szokową, bo wcześniej stan wojenny przetrącił mu kręgosłup).
Pomijając przede wszystkim ocenę historyczną takiego rozumowania, uważamy, że krzywdzi ono autora reform gospodarczych. A skoro te tezy rozpowszechniają przedstawiciele coraz popularniejszej zwłaszcza wśród młodych "Krytyki Politycznej", to nie można przejść nad tym do porządku dziennego. Wczoraj opublikowaliśmy napisany dla "Metra" komentarz Witolda Gadomskiego z "Gazety Wyborczej". Dziś kolejne polemiki oraz listy od czytelników "Metra", w tym również tych, którzy popierają lewicowych publicystów.
"Prawda" lewicy „Prawda” „Krytyki Politycznej” stroi się w cudzysłów, podobnie jak sowiecka gadzinówka, w której komunistyczni dygnitarze ogłaszali obowiązującą partyjną doktrynę - pisze liberalny publicysta Leszek Jażdżewski* Maciej Gdula z "Krytyki Politycznej", porównując w radiu TOK FM stan wojenny do reform Balcerowicza, wpisuje się w długą tradycję kłamstwa na usługach lewicowej ideologii, dziedzictwa, od którego dotychczas "Krytyka Polityczna" wydawała się odcinać.
Stan wojenny był zwycięstwem kłamstwa opartego na przemocy. Ideologią wcielaną przy pomocy bagnetów. W krajach bloku socjalistycznego zniewolenie nazywano wolnością, kłamstwo prawdą, nędzę dobrobytem. Język stał się wyłącznie narzędziem politycznej propagandy, niemożliwa była jakakolwiek dyskusja. Jedyne kryterium prawdy to jej użyteczność dla partii, a jedyny argument - stojąca za nią naga siła, "nawracająca" wszystkich nieprawomyślnych. Jak pisał Karl Popper w "Road to Self-Enslavement": "Prowadziło to do społeczeństwa, w którym rządziło pustosłowie, pustosłowie składające się w większości z kłamstw wypowiadanych przez tzw. liderów wyłącznie w celu samoakceptacji i samouwielbienia. Ale był to też koniec ich zdolności do myślenia. Stawali się niewolnikami własnych kłamstw, podobnie jak wszyscy pozostali (...). Akceptacja kłamstwa jako uniwersalnej intelektualnej waluty wypiera prawdę - tak jak zły pieniądz wypiera dobry."
Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie
Zwycięstwo "Solidarności" w 1989 roku było zwycięstwem prawdy nad kłamstwem. Słowom przywrócono ich znaczenie. "Solidarność" z Balcerowiczem na czele przeprowadziła Polskę przez Morze Czerwone, od bankrutującego na naszych oczach socjalizmu do kapitalizmu. W pewnym sensie na nowo stworzyła Polskę, która budziła się z długiej, czterdziestopięcioletniej śpiączki. To przebudzenie, po tylu latach opierania gospodarki na fikcji i partyjnych wytycznych, musiało być bolesne.
Ludzi określających się mianem liberałów w Polsce w momencie upadku PRL-u można by zapewne pomieścić w średniej wielkości uniwersyteckiej auli. Narzucenie przez nich wszystkim Polakom neoliberalnych poglądów byłoby sukcesem porównywalnym z rewolucją przeprowadzoną przez Lenina i jego garstkę bolszewików, o jakim marzy zapewne wznawiająca jego pisma "Krytyka Polityczna".
Plan Balcerowicza stworzył nowy system, system oparty na wolności obywateli do dysponowania swoją własnością, umiejętnościami i czasem zgodnie ze swoją wolą. System, w którym także i lewica mogła zająć należne jej na scenie politycznej miejsce.
O to, że nie zajęła, może mieć tylko pretensje do siebie, a nie do "totalitarnego, neoliberalnego języka" i "przemocy symbolicznej", jaką narzucono jakoby elitom i społeczeństwu po 1989 r. Ten pseudointelektualny język jest wyłącznie ideologią dorabianą post factum, mającą ukryć realną słabość i brak szerszego oddźwięku na poglądy radykalnej lewicy, które w najlepszym wypadku można określić jako skrajnie utopijne. Bo czym jeśli nie neoliberalną tyranią można wytłumaczyć fakt, że społeczeństwo nie chce słuchać tych, którzy tak dobrze dla niego chcą?
Być może w akcie desperacji "Krytyka Polityczna" postanowiła iść śladem tych, którzy używając hasła "Balcerowicz musi odejść", przez lata budowali swój kapitał polityczny na zorganizowanej nagonce, posługując się kłamstwem, oszczerstwem i manipulacją. Biorąc pod uwagę to, jak skończyli, chce się powiedzieć za Aleksandrem Kwaśniewskim - "towarzysze, nie idźcie tą drogą".
* Leszek Jażdżewski , publicysta, politolog, współzałożyciel i redaktor naczelny magazynu „Liberté!”, członek stowarzyszenia Projekt: Polska
Ja, młody lewicowiec Postanowiłem wyrazić swoje zdanie nt. reform prof. Balcerowicza i stosunku do nich młodej lewicy, której sam czuję się przedstawicielem (choć nie jestem zrzeszony w żadnej partii/organizacji lewicowej). Moim jedynym politycznym doświadczeniem był udział jako kandydata w wyborach sejmowych w 2005 roku jako kandydat z ramienia Zielonych 2004 (na zaproszenie znajomych).
Zgadzam się z autorem artykułu, ale tylko częściowo - to nie stan wojenny "przetrącił kręgosłup" społeczeństwu!, ponieważ był wydarzeniem, które miało miejsce na początku lat 80-tych. Reformy prof. Balcerowicza miały miejsce 10 lat później i nie miały (bezpośredniego) związku z wydarzeniami sprzed dekady. To one same stanowiły przykład zastosowania "doktryny szoku" (Naomi Klein "Doktryna szoku") - "rewolucyjne" zmiany polityczne '89 roku otworzyły możliwość podjęcia radykalnych kroków. Ówczesnemu (pierwszemu quasi-demokratycznemu) rządowi Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy zaproponowały kilka alternatywnych dróg przejścia od gospodarki centralnie sterowanej do tzw. "wolnorynkowej" - prof. Balcerowicz wybrał opcję najbardziej radykalną, najdalej idącą.
Zmiana ustroju to właśnie wydarzenie, które wpisało się w schemat zastosowania "doktryny szoku" - w skrócie chodzi o to, że tego typu wydarzenia (np. rewolucja systemowa, kataklizmy naturalne, konflikty zbrojne itp. itd.) powodują, że ludność cywilna staje się bardziej podatna na niekorzystne dla siebie zmiany - w pierwszej kolejności chcąc zachować życie, zdrowie i choćby minimalną formę egzystencji. To otwiera możliwość dokonywania tzw. "trudnych reform", na których traci przytłaczająca część społeczeństwa, a zyskują nieliczni. Tak stało się w Polsce z reformami Balcerowicza, tak stało się w Chinach - brutalne stłumienie protestów na Placu Tienanmen wymierzonych w neoliberalne reformy gospodarcze, które uczyniły z Chin "fabrykę świata", a z Chińczyków tanią siłę roboczą a nie, jak się powszechnie w Polsce uważa przeciwko chińskim władzom komunistycznym jako takim.
Reformy prof. Balcerowicza istotnie wyprowadziły kraj z kryzysu, ale ich koszt był zbyt duży i po dziś dzień "odbija nam się czkawką" - przegranymi tych reform są przede wszystkim ci, którzy najwytrwalej walczyli z poprzednim reżimem - a więc robotnicy (w tym pracownicy PGRów), co stanowi swoisty paradoks historii. Ci sami ludzie, którzy wybrali dawnych solidarnościowych działaczy do władzy, tracili w latach 90-tych przez nich pracę!
Pamiętajmy o pokłosiu reform, które przyniosły w Polsce całe grupy ludzi "wykluczonych": pracownicy byłych PGRów, emeryci z głodowymi emeryturami, czy - co daje o sobie znać zwłaszcza ostatnio - młodzież, absolwenci wyższych uczelni skazani na bezrobocie lub emigrację za chlebem!