http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kradzież w Auschwitz to zlecenie czy "popisowy numer"?

Kinga Graczyk
2009-12-21, ostatnia aktualizacja 2009-12-21 19:57

Policji w ekspresowym tempie udało się odzyskać skradziony napis wiszący nad bramą nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau. Ekspert ocenia, że była to tylko przygrywka i przestępcy szykowali się do bardziej zuchwałej kradzieży

Zatrzymanie przestępców
Fot. JACEK BEDNARCZYK AFP
Zatrzymanie przestępców
Napis "Arbeit macht frei", wykonany w czasie II wojny światowej przez więźniów, zniknął w piątek nad ranem. Złodzieje wycięli go znad bramy obozu. Nad jego odzyskaniem i zatrzymaniem bandytów pracowało kilkudziesięciu policjantów, zwłaszcza,że z całego świata płynęły słowa potępienia. Od początku za jedną z hipotez przyjęto kradzież na zlecenie. Policja nie potwierdza tej tezy, choć przypuszcza, że zleceniodawcą kradzieży mógł być "szalony kolekcjoner". Zabytek udało się odzyskać już w niedzielę wieczorem dzięki informacjom od obywateli. Odnaleziono go lesie w okolicy Czernikowa k. Torunia, skąd miał pochodzić jeden ze sprawców kradzieży. W sumie mundurowi zatrzymali pięć osób. Mają oni od 20 do 39 lat. Jeden z nich prowadzi firmę budowlaną, pozostali są bezrobotni. Nie są związani z ruchami faszystowskimi. Ale wszyscy byli już karani za różne przestępstwa, m.in. kradzieże, pobicia i bójki. Czterem z nich postawiono wczoraj zarzuty kradzieży i uszkodzenia napisu będącego dobrem o szczególnym znaczeniu dla kultury, za co grozi 10 lat więzienia.

Jakie będą dalsze losy zabytku? Już dziś może on zostać przewieziony do muzeum w Oświęcimiu, gdzie zostanie naprawiony.

Dyrekcja muzeum chce, by wrócił na miejsce przed 27 stycznia - wtedy przypada 65. rocznica wyzwolenia obozu. Jednocześnie władze muzeum zapowiadają wzmocnienie ochrony, co uniemożliwiłoby dokonanie kolejnych kradzieży.

Złodzieje nie pogardzą też drzwiczkami od krematorium

Z Piotrem Ogrodzkim, dyrektorem Ośrodka Ochrony Zbiorów Publicznych, rozmawia Kinga Graczyk.

Zgadza się pan z hipotezą, że była to kradzież na zlecenie?

- Nie można tego wykluczyć, zakładając, że ktoś ma tak spaczone poczucie estetyki, by chcieć mieć taką tablicę. Ale nie można też wykluczyć, że ci mężczyźni przygotowywali się do znacznie poważniejszej operacji, zaś kradzież z obozu była tylko formą pokazania "jesteśmy gotowi na wszystko". Sądzę, że doskonale wiedzieli, co kradną, że rozgłos medialny będzie olbrzymi i policja zrobi wszystko, by skradzioną rzecz odzyskać. Ale znam też kilka przypadków, w których cenny łup był zastawem w innej przestępczej transakcji - najczęściej narkotykowej. W Wielkiej Brytanii skradziono dzieło, które w ramach takich wymian przez Holandię trafiło ostatecznie do Turcji.

Amatorów pamiątek z obozów zagłady może być więcej?

- To makabryczne, ale kradzieże w obozach zagłady się zdarzają. W 2003 roku złapano na gorącym uczynku mężczyznę, który usiłował ukraść drzwiczki od pieca krematoryjnego z obozu w Stutthof. Do dziś nie wiadomo po co.

Więc kto mógł zlecić taką kradzież?

- Nie wiadomo. Osobiście znam tylko jeden przypadek, w którym policji udało się ustalić cały łańcuszek sprawców takiego przestępstwa. W latach 90. pewien grecki milioner zlecił włoskim przestępcom kradzież dzieł z muzeum narodowego w Budapeszcie - to były dzieła m.in. Rafaela. Wszyscy wpadli.

A w Polsce?

- W Polsce jest wiele spraw, w których są przesłanki wskazujące, że sprawcy działali na zlecenie. Ale dowodów nie ma. Przykład? Złodzieje wchodzą do muzeum, mają bardzo dużo czasu (co ustala się w śledztwie), a kradną tylko kilka wybranych eksponatów. Czyli tylko na nie dostali zamówienie. Tak było np. w 1991 roku w Pszczynie, skąd zginęła tylko tzw. małpia kapela, oraz w 1989 r. w Śmiełowie, gdzie rabusie siedzieli przeszło godzinę, a zabrali tylko obrazy włoskich i flamandzkich mistrzów.

Ale przecież dzieło sztuki to nie kino domowe, które można zastawić w lombardzie i w ten sposób upłynnić łup.

- Przestępcom wydaje się, że po kilkunastu latach nikt już zabytku szukał nie będzie. A to nieprawda. Wiele poszukiwanych obiektów znajdujemy po latach w lombardach, antykwariatach czy w domach aukcyjnych. Dotyczy to zwłaszcza mniej znanych dzieł.

Jednak niektórych skradzionych eksponatów pewnie nigdy nie uda się odzyskać.

- Zwłaszcza tych skradzionych z głupoty, gdy złodziej nie zdawał sobie sprawy z ich wartości muzealnej. Dobrym przykładem może być wiklinowy koszyk, który zniknął z Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Muzealnicy byli załamani, bo nie dość, że był to unikat, który przetrwał wojenną pożogę, to jeszcze wykonany splotem nieznanym dzisiejszym wikliniarzom, którego nikt nie potrafi odtworzyć. Niestety ktoś nieznający się na rzeczy , może dostać za niego najwyżej 30 złotych, tyle, co za zwykły koszyk.

Masz temat dla reportera Metra? Pisz: metro@agora.pl

Źródło: Dziennik Metro
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Kradzież w Auschwitz to zlecenie czy "popisowy ... czestoch1954 22.12.09, 08:46

    a moze Żydzi chcieli miec gotowy napis na obóz dla Palestynczyków .Teraz wydało się ze pobierali organy od zabijanych Palestynczyków .Ten napis wykonali Polacy którzy jak wszystkie »