>>
Pies policyjny działa jak broń Ekspres z Przemyśla do Legnicy na peron dworca w Tarnowie podjechał w niedzielę około 14. Gdy otworzyły się drzwi, zmarznięci podróżni, którzy czekali na to połączenie, zobaczyli, że do środka nie mają szans wejść.
I wtedy doszło do wydarzenia bezprecedensowego w dziejach polskich kolei: czekający weszli na tory i zagrozili, że nie pozwolą ruszyć, dopóki kolejarze nie podstawią dodatkowego składu. Po kilkudziesięciu minutach okazało się, że dodatkowe wagony dało się doczepić. Wszyscy chętni wsiedli.
Kolej potwierdza, że uległa pasażerom. Piotr Olszewski, rzecznik prasowy Przewozów Regionalnych, przyznaje też, że podczas weekendu w pociągach był ogromny ścisk.
- Do sytuacji z Tarnowa nie powinno było dojść. Są to jednak wypadki sporadyczne. Na większości połączeń jeżdżą większe składy niż zwykle, ale i tak czasem zdarza się, że podróżni muszą zostać na peronie z niczym. Niestety, nie mamy tyle taboru, by zabrać wszystkich czekających - tłumaczy.
Skąd zatem kolej wzięła dodatkowy czteroczęściowy skład? - Akurat był dostępny - wyjaśniono nam w Przewozach Regionalnych w Krakowie.
PKP nie tylko brakuje wagonów. Nie jest również w stanie przewidzieć, ilu pasażerów będzie chciało skorzystać z danego połączenia. - Nie sprzedajemy miejscówek, tylko bilety ważne przez 24 godziny na danej trasie. Nie możemy więc policzyć, ile osób będzie chciało wsiąść na konkretnej stacji o danej godzinie. Może być tak, że przyjdzie 200 pasażerów, a może być ich cztery razy więcej - utrzymuje Olszewski.
Jego zdaniem pasażer sam powinien ocenić, czy chce jechać w tłoku i czy jest w stanie wsiąść do pociągu. - Konduktor nie może wyprosić podróżnego z ważnym biletem - kwituje.
Dlaczego Przewozy Regionalne nie wprowadzą więc miejscówek, by liczyć pasażerów? - Gdybyśmy zaczęli je sprzedawać, to województwa nie miałyby prawa przyznać nam dotacji. Bez tych pieniędzy firma padnie - podsumowuje Olszewski.
Pociesza jednocześnie, że wszystkim pasażerom, którzy nie wejdą do pociągu, przysługuje zwrot pieniędzy za bilet.
- Gdy oddadzą go od razu w kasie, to otrzymają 85 procent zapłaconej kwoty. Aby odzyskać całość, wystarczy napisać reklamację do jednej z naszych regionalnych siedzib, na pewno rozpatrzymy ją pozytywnie - zapewnia.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl