>>
Co zrobić, gdy kot choruje na astmę?
W weekend radiolodzy z całego kraju spotkają się, by rozmawiać o ostro ograniczonym z nowym rokiem dostępie pacjentów do badań diagnostycznych, takich jak tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny. Alarmują, że Fundusz tak mocno obciął ich finansowanie, że wielu poradniom już w pierwszym kwartale może wyczerpać się całoroczny kontrakt. - Tak źle jeszcze nie było. Dostaliśmy połowę pieniędzy z tego, co przed rokiem. Styczniowe limity na planowe badania już przekroczyliśmy. Teraz przyjmujemy tylko nagłe przypadki. Za dwa miesiące dobijemy do limitu zaplanowanego na cały rok - mówi dr Jacek Heciak, kierujący poradnią tomografii w Zespolonym Szpitalu Wojewódzkim w Kielcach.
Co potem? - Jeśli to nie jest pilne, trzeba będzie poczekać nawet rok - prognozuje dr Heciak. Dwa lata temu pacjenci czekali na tomografię tydzień.
We Wrocławiu na badanie czeka się pół roku. Poradnia przy szpitalu akademickim właśnie zaczęła dzwonić do ponad 500 pacjentów, którzy na badanie zapisali się jeszcze w zeszłym roku. Mieli skierowania od lekarzy rodzinnych, a od stycznia NFZ płaci tylko za chorych ze skierowaniem od specjalisty. Pacjenci muszą więc dostać się do specjalistów (to trwa nawet kilka miesięcy) i donieść nowy dokument.
Kolejka nawet do lekarza rodzinnego
W ministerialnym koszyku świadczeń urzędnicy postawili nowe warunki, które muszą spełniać przychodnie. Wynika z nich, że pacjent na swojego lekarza rodzinnego może wybrać tylko takiego medyka, który w danej przychodni przyjmuje nie rzadziej niż pięć dni w tygodniu. A jeśli nie ma specjalizacji, to musi mieć co najmniej dziesięć lat stażu. Żeby to obejść, nawet najmniejsza przychodnia musi starać się o indywidualną zgodę w resorcie zdrowia. - Na rynku brak kadry medycznej. Przychodnie nie będą mogły pozyskać personelu i zapewnić pacjentom pełnej opieki - ostrzega Małgorzata Zaława-Dąbrowska, dyrektorka zespołu przychodni Warszawa-Żoliborz. - My tego problemu nie mamy, bo jesteśmy dużym ZOZ-em. Ale w mniejszych wydłużą się kolejki.
Mammografia tylko dla zdrowych
NFZ zaskoczył też radiologów, którzy prowadzą profilaktyczny program wczesnego wykrywania raka piersi. Jak podała "Gazeta Wyborcza", wprowadził od nowego roku zasadę, że z badania nie może skorzystać kobieta, która zgłasza "dolegliwości w obrębie piersi". Lekarze-koordynatorzy programu są zbulwersowani. - Dla programu to koniec. Może jedna pacjentka na dziesięć nie zgłasza w ankiecie przed badaniem, że bolały ją piersi. Wiele z tego powodu przychodzi na badanie - alarmuje Joanna Chądzyńska ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii.
NFZ wyjaśnia, że chce lepiej wydawać środki na profilaktykę. Jego tłumaczenie jest absurdalne, bo co roku i tak zostają grube miliony z programu, który cieszy się małym zainteresowaniem wśród kobiet (w zeszłym roku skorzystało z niego 900 tys. z 2,5 mln zaproszonych pań). Po spotkaniu z onkologami prezes NFZ Jacek Paszkiewicz zapowiedział, że nie wycofa się z zarządzenia. Ale dopisze do niego, jakie objawy mają wykluczać kobietę z programu i kwalifikować do konsultacji ze specjalistą.
Kobiety muszą kłamać
Anita Karwowska: W NFZ usłyszałam, że nowe zasady kwalifikowania na mammografię były potrzebne, bo poradnie - by więcej zarobić - naciągały Fundusz na badania pacjentek, które nie powinny być objęte programem.
Dr Jerzym Giermek, Centralny Ośrodek Koordynujący "Populacyjny program wczesnego wykrywania raka piersi": - To absurd! Program od 2007 r. jest szczegółowo monitorowany, możemy sprawdzić zasadność każdego badania. Nie ma w nim nadużyć. Podpisałem się pod listem do prezesa NFZ, by jak najszybciej wycofał się z tego katastrofalnego zarządzenia. Chcę wierzyć, że to urzędnicza nadgorliwość i błąd uda się szybko naprawić.
Jeżeli NFZ tego nie zrobi, ile kobiet straci szansę na badanie?
- Przynajmniej połowa z tych, które kwalifikowały się do tej pory. Bo nie znam kobiety, która powie, że nigdy nie bolały jej piersi. A to miałoby ją zdyskwalifikować.
Wygląda na to, że państwo nie pozostawia kobietom wyboru. Jeśli chcą się zbadać, muszą skłamać w ankiecie.
- I w ten sposób narazić się na to, że lekarz może nie zwrócić uwagi w badaniu na coś, co wyszłoby, gdyby pacjentka zasygnalizowała to wcześniej. To zaprzeczenie całej zasadności programu.
Dla wielu kobiet mammografia w ramach programu to pierwszy kontakt w życiu z tego typu badaniem. Odesłane drugi raz mogą nie znaleźć w sobie odwagi, by się zbadać.
- Od lat przekonujemy Polki, by przyszły na mammografię. Po to, by teraz je odesłać?
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl