Od 2 stycznia aż do zakończenia głosowania media na Ukrainie nie mogą publikować sondaży pokazujących, który z 18 kandydatów na prezydenta ma największe szanse na zwycięstwo. Z ostatnich badań, ogłoszonych w Nowy Rok wynikało, że najwięcej zwolenników ma były dwukrotny premier i szef prorosyjskiej Partii Regionów Ukrainy Wiktor Janukowycz (ok. 30 proc.). Aktualna premier Julia Tymoszenko, zwana "księżniczką pomarańczowej rewolucji", może liczyć na ok. 20 proc. poparcia. Szanse na zdobycie trzeciego miejsca ma były prezes Narodowego Banku Ukrainy Serhij Tihipko (9 proc.), tuż za nim jest były przewodniczący parlamentu Arsenij Jaceniuk (6 proc.). Lider przemian demokratycznych z 2004 r. i obecny prezydent Wiktor Juszczenko zajmuje dopiero piątą pozycję z 4 proc. poparcia.
Nic nie wskazuje na to, żeby któryś z kandydatów zdobył w niedzielę ponad połowę głosów. Ukrainę najprawdopodobniej czeka więc 20 lutego druga tura wyborów.
Ukraińcy woleliby, żeby sprawa rozstrzygnęła się już pojutrze, bo wyborczego zamieszania, jak i całej polityki, mają serdecznie dość. Tym bardziej, że programy dwojga najpoważniejszych kandydatów niewiele się różnią. Zarówno uważana za bardziej prozachodnią Tymoszenko, jak i popierany przez rosyjskojęzyczny wschód Ukrainy Janukowycz, w sprawach polityki zagranicznej oraz gospodarce głoszą podobne hasła. Oboje deklarują chęć integracji z Unią Europejską, z tym że Tymoszenko dość szybkiej, a Janukowycz woli się nie spieszyć. Sprawa wstąpienia do NATO w ogóle się w kampanii nie pojawiła. O kłopoty gospodarcze, w które Ukraina wpadła wraz z nadejściem kryzysu, wszyscy kandydaci oskarżali się wzajemnie, z identyczną pasją. O ewentualnych reformach gospodarczych żaden nie miał odwagi mówić.
Co zostało z pomarańczowej rewolucji?Demokracja z MajdanuAskold Jeromin, zastępca redaktora naczelnego lwowskiego dziennika "Wysokij Zamok"- Ludzie są bardzo rozczarowani polityką i postawą tych, których pięć lat temu nosili na rękach. Wiktor Juszczenko i Julia Tymoszenko byli naszymi bohaterami. Jesienią i zimą 2004 r. dawali nadzieję, że z Ukrainy - państwa biednego, przeżartego korupcją, uważanego za satelitę Moskwy - uczynimy normalny, europejski kraj. Po pięciu latach widać, że nie staliśmy się praworządnym krajem, w którym politycy i urzędnicy nie biorą w łapę. Kryzys pokazał, że nasza gospodarka jest przestarzała i słaba. Ale ten zryw z kijowskiego Majdanu nie poszedł na marne. Wtedy setki tysięcy osób manifestowały przeciwko fałszerstwom wyborczym. Ludzie pamiętają, że wywalczyli sobie prawo do wybierania i zmieniania władzy. Tego nie pozwolimy sobie odebrać.
Druga rewolucja jest niepotrzebnaJewhen Zołotariow, lider obywatelskiej partii "Pora", która w 2004 r. jako pierwsza organizowała wiece na kijowskim Majdanie- Pomarańczowa rewolucja to był prawdziwy, pierwszy od odzyskania niepodległości w 1991 r., narodowy zryw Ukraińców. Dopiero wtedy ludzie pozbyli się strachu przed władzą, która wszystko może. Mieliśmy też dość kontroli Rosji, która ingerowała w nasze sprawy za prezydentury Leonida Kuczmy i w 2004 r. chciała dalej to robić, za pomocą kandydującego na prezydenta Wiktora Janukowycza. Nie pozwoliliśmy na to.
Nigdy nie zapomnę atmosfery ówczesnych protestów na Majdanie. Choć było bardzo zimno, przychodziły tysiące ludzi. Zjednoczeni wspólnym celem, byli wobec siebie cudownie życzliwi: kuchnie polowe wydawały obcym zupę, studenci pożyczali sobie namioty, śpiwory i rękawiczki, mieszkańcy śródmieścia zapraszali demonstrantów do domów, by ogrzali się przy kolacji i herbacie.
Drugiej pomarańczowej rewolucji w tym roku nie będzie, bo nie jest potrzebna. Demokratyzacja Ukrainy trwa i już się nie cofnie. Politycy nie będą mieli odwagi fałszować wyborów tak jawnie i na taką skalę jak w 2004 r. To nasze zwycięstwo.
Trochę nam nie wyszłoAndrij Szkil, deputowany i wiceszef klubu parlamentarnego bloku Julii Tymoszenko. W latach 1999-2002 był przywódcą paramilitarnej organizacji UNA-UNSO, która m.in. zniszczyła pomnik na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Dziś przez ukraińskich nacjonalistów uważany jest za zdrajcę- Największym zaskoczeniem była dla mnie ta nieprzebrana masa ludzi, która wyszła na ulice Kijowa, wściekła na oszustwa władzy. Byliśmy zdumieni, że jest nas tak wielu. Na początku baliśmy się szturmu milicji. Ale czuliśmy, że po raz pierwszy sami zmieniamy nasz kraj.
Najbardziej nie wyszło prezydentowi Wiktorowi Juszczence, który nie zmienił systemu sprawowania władzy na bardziej przejrzysty i demokratyczny. W dodatku pokłócił się z Julią Tymoszenko. Jej przynajmniej udało się to, że ludzie mają dziś za co żyć, choć emerytury i pensje nie są najwyższe. Na szczęście teraz w stosunkach polsko-ukraińskich jest lepiej niż w czasie, gdy działałem w UNA-UNSO. Wtedy było mnóstwo prowokacji, również ze strony władz. Nie chciałem, żeby doszło do profanacji cmentarza we Lwowie. To wymknęło się spod kontroli. Mam nadzieję, że już nigdy do tego nie dojdzie.
Będziesz na Ukrainie w niedzielę? Przyślij nam swoją relację: metro@agora.pl