Haiti to kraj, który już przed trzęsieniem pogrążony był w chaosie. Trudno wyobrazić sobie, jaka przyszłość czeka go teraz.
- Faktycznie, władza państwowa nie sięgała poza stolicę, w głębi kraju rządzili watażkowie (wywodzący się jeszcze z czasów dyktatury) lub latyfundyści. To kraj, który od ponad 200 lat swojej tragicznej historii nie potrafił wypracować stabilnego systemu rządów.
Co może pomóc? Przejęcie administracji kraju przez ONZ? Jej żołnierze są na Haiti już od kilku lat.
- To prawda, są. Ale jest ich zaledwie dziewięć tysięcy, i to głównie w stolicy. Misja ONZ ogranicza się do działań doraźnych, porządkowych i po prostu nie radzi sobie z tym. Pomoc, która płynie na Haiti, jest nieskuteczna, bo rozproszona na kilkaset programów bez docelowego planu. Na majowej konferencji międzynarodowej, podsumowującej pomoc dla tego państwa, właśnie do takich wniosków doszli przywódcy krajów - pieniądze są na Haiti marnotrawione - przez skorumpowany rząd, przez brak planu, przez organizacje, które nie potrafią nimi zarządzać. Trzeba to zmienić. Ale dziś, kiedy tam nie ma nawet stolicy, trudno cokolwiek planować. Może misję zakrojoną na kilkadziesiąt lat, która liczyłaby minimum kilkadziesiąt tysięcy ludzi i była wspierana olbrzymimi pieniędzmi.
Większość Haitańczyków, najbardziej wartościowych z punktu widzenia budowania państwowości, jest na emigracji.
- To lekarze, naukowcy, ludzie wykształceni. Z jednej strony ratują Haiti finansowo, bo szacuje się, że ok. 30 proc. PKB to pieniądze, które rodzinom przysyłają emigranci (kolejne 30 proc. to pomoc międzynarodowa), z drugiej - ci, którzy zostają, nie potrafią postawić Haiti na nogi. Jeśli ONZ przejmie pieczę nad krajem, musi zapewnić emigrantom warunki do powrotu i liczyć na ich patriotyzm. Bez tego misja się nie powiedzie.
Źródło: Dziennik Metro