>>
Jak walczyć z kocią astmą
Porządek z komunikacją publiczną w Polsce chce zrobić Ministerstwo Infrastruktury. Dziś jest tak: na najbardziej obleganych liniach pomiędzy np. Warszawą a największymi miastami Polski jeżdżą nie tylko PKS-y, lecz także drobni przewoźnicy oferujący niski komfort jazdy rozklekotanymi busami, ale za niską cenę. By zarobić, jeżdżą szybko i często, podbierając sobie pasażerów. Do podobnej sytuacji doszło też na kolei, szczególnie na linii Warszawa-Kraków, czy Warszawa-Łódz. Wysłużonym taborem, pod nazwą InterRegio, pasażerów do jazdy zachęca spółka Przewozy Regionalne, co uderzyło PKP InterCity - przewoźnika z lepszym taborem, ale i wyższymi cenami. Zdarzało się, że w tym samy kierunku pociągi odjeżdżały co pięć minut. Efekt jest piorunujący. Do Krakowa można pojechać teraz nie za 100 zł, ale zaledwie 30 zł. Tyle że rządowi taka walka o podróżnych się nie podoba. Bo niższe ceny oznaczają, że pasażerowie czekają na transport na zdewastowanych dworcach i przystankach, jeżdżą zdezelowanym taborem i nie wiedzą, jakie bilety obowiązują u przewoźnika. Ale walka o pasażera trwa tylko na najbardziej obleganych liniach, bo np. za bilet kolejowy do Gdańska, mimo że pociąg wlecze się prawie pięć godzin, wciąż trzeba płacić ponad 100 złotych.
Dlatego Ministerstwo Infrastruktury w projekcie ustawy o publicznym transporcie zbiorowym chce uporządkować komunikację w Polsce. Jak? Samorządy lokalne i ministerstwo mają stworzyć sieć połączeń. Na części z nich (nie wiadomo gdzie) urzędnicy będą mogli przyznać jednemu przewoźnikowi wyłączną obsługę linii. Maksymalnie na pięć lat.
Wspomagane mają być szczególnie te trasy, na których transport jest niedochodowy i na których przewoźnicy mogą liczyć tylko na zwrot poniesionych kosztów, ale nie na zarobek.
Do obsługi linii będzie mógł stanąć każdy z przewoźników, tylko że tym razem firmy startujące w przetargach wozić ludzi będą musiały transportem nowoczesnym, ekologicznym i przyjaznym dla niepełnosprawnych. To z rynku skutecznie wyeliminuje operatorów tanich, wyposażonych w przestarzały tabor.
Nowe prawo ma także wymóc uporządkowanie rozkładów jazdy, tak by pociągi czy autobusy nie odjeżdżały jeden po drugim. Ministerstwo zapewnia jednocześnie, że nowy pomysł na komunikację jest poparty unijnymi przepisami i doświadczeniem.
Paweł Ney, rzecznik PKP InterCity nie ukrywa, że zmiana mu się podoba: - W kolei nie ma konkurencji na całym świecie, a podbieranie sobie nawzajem pasażerów do niczego dobrego nie prowadzi.
Czy zmiany oznaczają wycięcie np. tanich pociągów ze stolicy Krakowa czy Łodzi? - One mogą zostać, ale będą jeździć w dłuższych odstępach czasu i np. będą zatrzymywać się w małych miejscowościach, żeby nie być bezpośrednią konkurencją dla szybkich połączeń - tłumaczy Ney. Konkurent InterCity, czyli Przewozy Regionalne (należy do nich InterRegio), pomysłu rządu również się nie boi. Rzecznik firmy Piotr Olszewski zastrzega jednak, że gdy zlecenia na obsługę połączeń będą obwarowane licznymi wymaganiami, pasażerowie więcej zapłacą za bilety, a pociągów będzie mniej.
Kto ma rację w tym sporze? Rząd zajmie się proponowanymi zmianami już we wtorek. Jeśli ten go zaakceptuje, to reforma komunikacji ruszy za rok.
Koniec PKP
Ministerstwo chce do końca roku zreformować PKP. Jeśli rząd zaakceptuje ten plan, a związki zawodowe go nie zablokują, to być może zniknie firma PKP SA, czyli najważniejsza spółka kolejowa. Jak zapowiada wiceminister infrastruktury Juliusz Engelhardt, w jej miejsce powstałaby agencja mienia kolejowego, a majątkiem, czyli dworcami i torami, opiekowałby się skarb państwa. Reszta mniejszych spółek PKP będzie sprywatyzowana. Rząd chce też remontować dworce za pieniądze z Unii i opłatę dworcową (jej wprowadzenie mogłoby zwiększyć cenę biletu np. o złotówkę). W planach do 2015 r. są też budowy torów na lotniska m.in. w stolicy, Gdańsku, Szczecinie czy Wrocławiu oraz remonty ok. 1,5 tys. torów.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl