Finki i Norweżki, czyli Aino-Kaisa Saarinen i Virpi Kuitunen oraz Marit Bjoergen i Kristin Steira - to najmocniejsze przeciwniczki Justyny, których w Canmore zabrakło. Wszystkie szlifują jeszcze formę, która - w co próbują wierzyć - pomoże im dogonić naszą liderkę Pucharu Świata.
- Trzeba się z nimi liczyć, na pewno będą groźne. Przecież każda będzie chciała zdobywać medale - mówi trener Justyny Aleksander Wierietielny. Nasz doświadczony szkoleniowiec bawi się w dyplomatę, ale tak naprawdę doskonale wie, jaka jest różnica między chcieć, a móc.
W piątek Kowalczyk pokazała, że jak chce, to może. Co prawda na trasie 10 km techniką dowolną najlepsza nie była, bo o prawie 10 sekund przegrała ze Szwedką Charlotte Kallą, ale na mecie promiennie się uśmiechała. Wszystko dlatego, że wreszcie bieg, którym 15 lutego rozpocznie olimpijskie zmagania, ukończyła na podium. Wcześniej na tym dystansie była 12. i dziewiąta. Progresja musi robić wrażenie.
Każdemu, kto i tak powiedział "mało", dzień później Kowalczyk sprezentowała swoją firmową "Justynną burzę". W sprincie stylem klasycznym (1,45 km), czyli olimpijskiej konkurencji numer dwa (zaplanowano ją na 17 lutego), Polka w cuglach wygrała eliminacje, a później w ćwierćfinale, półfinale i finale, tak mocno młóciła kijkami śnieg, że gdyby któraś z rywalek potrafiła dotrzymać jej kroku, natychmiast zamieniłaby się w bałwana. Na szczęście organizatorzy zawodów nikogo odkopywać nie musieli, bo pozostałe panie nie miały tyle sił w nogach, co Justyna w rękach. Druga na mecie Szwedka Iga Ingemarsdotter finiszowała 7,6 sekundy za Polką, trzecia Sarah Renner z Kanady była gorsza o 8,4 sekundy.
Tak wielkich przewag na dystansach sprinterskich nie widziano nigdy. Justyna za każdym razem budowała je na dwóch podbiegach. Szkoda, że podobnych nie stworzono w Vancouver, choć nasza biegaczka, która jeszcze niedawno narzekała na "turystyczny" poziom trudności olimpijskiej pętli, teraz zdaje się już o tym nie pamiętać. - Jestem bardzo zadowolona z tego, co tu pokazałam. W Canmore biegało mi się świetnie - mówi Justyna, która w sumie aż pięć razy stawała tam na pucharowym podium.
W bieżącym sezonie w czołowej trójce nasza mistrzyni świata z Liberca i brązowa medalistka olimpijska z Turynu meldowała się trzynastokrotnie, w tym siedem razy zajmowała najwyższe miejsce. Wygrała Tour de Ski, jest niemal pewna drugiej z rzędu Kryształowej Kuli, bo jej przewaga w klasyfikacji generalnej PŚ nad drugą Petrą Majdić (w półfinale sprintu Słowenka upadła i zajęła ostatnie miejsce) wynosi aż 404 punkty, a do końca sezonu pozostało tylko osiem startów.
Nie one będą jednak najważniejsze. Wszystko, czym za sprawą Kowalczyk polscy kibice cieszą się od listopada, ona sama osiągnęła przy okazji i po drodze. - Każdy start to przygotowanie do igrzysk. Tylko one się dla nas liczą - powtarza Wierietielny niczym mantrę. Na co w czterech olimpijskich startach stać jego zawodniczkę, mówić nie chce. - Nie będziemy niczego wróżyć. Dziewczyna jest mocna, będzie walczyć na każdym dystansie - ucina. W rolę proroka, którym akurat w tym przypadku nie jest trudno być, wchodzi za to amerykański "Sporting News". Dziennikarze magazynu twierdzą, że nasza królowa śniegu w Vancouver zdobędzie trzy medale, w tym dwa złote (na 10 km "łyżwą" i w biegu łączonym na 15 km) i srebrny (w sprincie Polka ma przegrać z Majdić). Z taką symulacją olimpijskich startów Justyny zgadzamy się chętnie. Mamy tylko jedno "ale". Na 30 km "klasykiem" najlepsza wcale nie będzie Kuitunen...
Źródło: Dziennik Metro