Już pierwszą wizytę na izbie przyjęć żona z przenoszoną ciążą przypłaciła stresem, bo obsługa była niemiła. Myśleliśmy, żeby przenieść się do innego szpitala, ale następna zmiana okazała się w porządku. Tymczasem okazało się, że nie ma miejsc. Żonę - za jej zgodą - położyli na korytarzu. Potem miała trafić na salę, a ja wraz z nią. Tylko że sala okazała się wieloosobowa i nie wpuszczono mnie - porodu rodzinnego nie będzie. Dopiero po awanturze znalazła się jedynka. Odetchnęliśmy. Poród trwał ok. 10 godzin, samo parcie 50 minut. Żona była dzielna, męczyła się, ale dziecko nie chciało wyjść.
Coś poszło nie tak. W sali zaroiło się od ludzi, ktoś naciskał żonie na brzuch, w końcu dziecko niemal wyszarpano. Córka była sina, nie oddychała. Serce mi zamarło, w gardle było sucho, w oczach miałem łzy. Ale udało się i za to dziękuję lekarzom i położnej. Tylko może gdyby wcześniej zaczęto akcję porodową, to potem nie trzeba by było ratować dziecka?
Myślałem, że to koniec nerwów, ale dalej było tylko gorzej. Jakaś pielęgniarka wrzuciła dziecko do wózeczka i zawiozła do inkubatora. Zero informacji, co się stało. Jeszcze gorzej się działo na oddziale poporodowym. Panie wypełniały dokumenty, rozmawiały przez telefon. Córka miała być dożywiana, ale nikt mleka nie przynosił. A gdy poszedłem o to zapytać, usłyszałem: "mamy przerwę". Tak się składa, że wszystkie naraz.
Poprosiłem o zajrzenie do żony. Czekałem cztery godziny i nic. Ale to i tak nie było najgorzej, bo wykończona porodem "sąsiadka" czekała cały dzień.
Po trzech dniach z ulgą zabrałem żonę do domu. Niestety, przez te tragiczne dla nas pięć minut wciąż nie wiemy, czy córka będzie zdrowa. Musimy poczekać kilka miesięcy. Wierzę, że wszystko będzie dobrze, bo nasze dziecko jest silne. Tylko żałuję, że nie zapłaciłem za położną. Może córka urodziłaby się na czas, może by nas lepiej potraktowano, może żona by dostała cesarkę?
Przecież płacimy podatki i łożymy na NFZ. Szpital ma służyć pacjentom, a nie liczyć na dodatkowe profity. Owszem, spotkaliśmy tam też wspaniałych ludzi, ale jest ich za mało. Teraz słyszymy od innych lekarzy, że poród był kompromitacją. A ja czuje się, jakby ktoś mi dał w twarz. Bo nie upilnowałem porodu swojego dziecka.
Mariusz Jałoszewski, dziennikarz "Metra"
Źródło: Dziennik Metro