>>
Kot w podróży - czytaj na Cafe Animal - Narodził się pisarz - powiedziała Wisława Szymborska po przeczytaniu pierwszych fragmentów powieści reżysera. Ukazały się one już w latach 90. w piśmie redaktorów Znaku "NaGłos". Na całość trzeba było poczekać wiele lat.
O Śląsku, z którego pochodzi, Kutz powiedział już wiele. To Śląsk był głównym bohaterem wszystkich jego filmów. Tam też toczy się historia jego powieści. Konkretnie - między Szopienicami a Mysłowicami. Poprzez losy kilku mieszkających w sąsiedztwie rodzin Kutz pokazuje, jak kształtowała się śląska tożsamość - w opozycji do niemieckości i polskości. Ślązaków w szczególnie trudnej sytuacji postawiła druga wojna światowa. Pobór do wehrmachtu był tam przymusowy, a po wojnie wielu Ślązaków trafiło do obozów dla Niemców. Kutz pokazuje, jak przez lata w Ślązakach ugruntowywało się przekonanie, że każda władza chce ich wykorzystać. Przez wielość opisywanych losów książka porównywana jest do "Stu lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza. I co w niej najbardziej wyjątkowe, napisana jest gwarą.
Z Kazimierzem Kutzem rozmawia Katarzyna Zacharska Czy pisanie jest jak robienie filmów? - Nie. To wymaga zupełnie innego myślenia i innej pracy. Film to wysiłek zbiorowy, jest się zależnym od wielu osób. Pisarz zostaje ze sobą sam na sam.
Podobno pana książka powstawała 15 lat. - Dłużej nawet. Zacząłem ją podczas pracy nad moim pierwszym śląskim filmem, który nigdy nie trafił do kin. Pisałem po to, żeby ułożyć sobie w głowie materiał. Potem wyjechałem z Warszawy, nie miałem już czasu na pisanie. Robiłem filmy, zająłem się polityką, książka leżała. 15 lat temu redaktor naczelny wydawnictwa Znak szukał prozy i powiedział mi, że powinienem ją dokończyć. Ale cały czas odkładałem to na dalszy plan. Aż zachorowałem na raka. Nie wiedziałem, czy przeżyję. Doszło do mnie wtedy, że człowiek chory nie może robić wielu rzeczy, ale może przecież pisać. I to dzięki książce wyszedłem z choroby. Żeby ją pokonać, wykreowałem pozamedyczną energię.
Czy w „Piątej stronie świata” powiedział pan o Śląsku już wszystko? - Nie, jeszcze nie skończyłem! O Śląsku można mówić bez końca. Skrobię już następną książkę. Przez przemiany, jakie mają tam miejsce, i przez coraz bardziej dramatyczną sytuację społeczną Śląsk to niewyczerpane zaplecze dla literatury i sztuki.
Czy język, jakiego pan używa w książce, to prawdziwa gwara? Dla czytelnika jest on w pełni zrozumiały. - Wymieszałem trzy rodzaje śląskiej gwary. Pierwsza to gwara wielkomiejska, taka, w której się wychowałem. Jest też gwara pszczyńsko-cieszyńska, z małych miejscowości i wsi, oraz najbardziej niezwykła i najstarsza z nich - gwara opolska. Po sposobie mówienia można rozpoznać, kto z jakiej części Śląska pochodzi. Ale moim zdaniem najciekawsze jest to, jak gwara przeplata się z językiem literackim. To tak jak Śląsk opowiadany od środka.
O czym będzie następna powieść? - Będzie nosiła tytuł "Listy do Anastazji". Tak miała na imię moja matka. W listach do niej opisałem całe swoje życie. Nie wiedziałem tylko, że ktoś te listy przechowuje. To wyszło podczas pisania mojej biografii, która ukazała się rok temu. Jej autorka, pani Aleksandra Klich, dotarła do mojej rodziny. Moja matka była wyjątkową i mądrą kobietą, nie można jej było oszukać. Pisząc do niej, musiałem uważać na słowa, nie mówić drastycznej często prawdy, ale też nie mogłem kłamać. Zawarta jest w nich historia chłopaka z prowincji, który zrobił karierę filmowca. A w PRL-u nie było to łatwe.
Ryszard Kapuściński mówił, że dobra proza jest jak wino, potrzebuje czasu. Pan chyba mógłby się pod tym podpisać? - Tak to sobie zorganizowałem na stare lata. I myślę, że i samotność, i starość da się jakoś zorganizować, jeśli tylko podejdzie się do tego twórczo. Do robienia filmów już nie wrócę. Za dwa lata planuję wycofać się z polityki i mam zamiar na dobre zająć się pisaniem. A idzie mi coraz lepiej, bo poświęcam mu więcej czasu. Nareszcie go mam.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl