Piątek i w sobota Adama w Whistler wyglądać będą tak: 8.30 miejscowego czasu - seria próbna na obiekcie K95; 10.00 - kwalifikacje do konkursu. Wreszcie sobota: trening (znów o 8.30) i o 9.45 planowane jest rozpoczęcie pierwszej serii.
W Polsce będzie wtedy 18.45. Przed telewizorami zasiądzie kilka milionów rodaków Małysza. Wierzących w czterokrotnego mistrza świata, który znów zaczął latać jak za dawnych, wspaniałych lat.
Potwierdzeniem dobrej dyspozycji Adama były środowe treningi. Małysz skoczył 102,5, 104 i 101 m. - Te skoki były całkiem fajne, zwłaszcza dwa pierwsze - mówi nasz skoczek. Polak stracił w nich do imponującego formą, ale i śrubującego swoje skoki Simona Ammanna (Szwajcar maksymalnie walczył o odległość, przez co lądował bez telemarku) odpowiednio dwa i półtora metra. - Skakałem na luzie. W trzeciej serii trochę mnie pokręciło w powietrzu, ale ogólnie jest OK. Oby warunki były sprawiedliwe, to i skoki będą dobre - mówi Małysz.
Dobrze spisuje się też współlokator mistrza z pokoju w wiosce olimpijskiej Stefan Hula. Zawodnik ze Szczyrku w pierwszym dniu treningów oddał najdłuższy skok z całej stawki, lądując na 108. metrze.
- Jechałem z bardzo wysokiego rozbiegu [siedem belek wyżej niż czołówka], ale później też leciałem ponad sto metrów - cieszy się Polak, który w kolejnych treningach osiągnął po 102,5 m.
Dla Huli, Kamila Stocha i Łukasza Rutkowskiego bądź Krzysztofa Miętusa (trener Łukasz Kruczek jeszcze nie podjął decyzji na którego z nich postawi) celem będzie przebrnięcie kwalifikacji. Dla Małysza będą one kolejną okazją do wczucia się w obiekt, na którym jutro spróbuje spełnić swe największe sportowe marzenie.
Znam swoją wartość
Z Adamem Małyszem rozmawia Łukasz Jachimiak
Mija osiem lat, odkąd zdobył pan swoje olimpijskie medale. Wtedy brąz i srebro wielu uznało za porażkę. Dziś byłby pan zadowolony z powtórki osiągnięć z Salt Lake City?
- Te dwa medale uważam za niesamowity sukces. Bardzo się z nich cieszyłem, mówiłem nawet, że nie zamieniłbym ich na jedno złoto. Ale kiedy emocje już opadły, poczułem niedosyt. Oczywiście nadal jestem z tych medali dumny, nikt mi ich nie odbierze, a nawet każdy może do mnie przyjechać i zobaczyć je w mojej galerii. Ale złoto to złoto. Teraz chcę walczyć o nie z całych sił.
Nigdy nie mówił pan o swoich celach tak otwarcie.
- Może niektórych dziwi, że nie mówię już tylko o dobrych skokach, ale chcę być uczciwy wobec siebie, dziennikarzy i kibiców. Mam wielkie marzenie i chyba ostatnią szansę, żeby je spełnić. Jestem za stary, żeby wystartować za cztery lata w Soczi. Dlatego chcę wygrać teraz. Jestem na to gotowy.
To, o czym pan marzy, mógł pan mieć już dawno. Często myśli pan o pechowym lądowaniu w pierwszej serii konkursu na skoczni K90 w Salt Lake City?
- Zawsze będę pamiętał, że Noriaki Kasai, upadając, szorował po zeskoku nartami i zostawił w nim wyrwy, a ja później wskoczyłem akurat w taką dziurę. Może gdyby nie to, rzeczywiście byłbym pierwszy, odległość miałem najlepszą. Ale cieszę się, że w ogóle zdobyłem medal. Bo kiedy mną rzuciło, myślałem, że się przewrócę i zostanę z niczym.
Jest pan dziś w podobnej formie jak wtedy?
- W Salt Lake City byłem wielkim faworytem, liderem Pucharu Świata, przed igrzyskami wygrałem kilka konkursów. Wtedy mieliśmy wszystko przeanalizowane, wiedzieliśmy doskonale, że skocznia jest bardzo wysoko położona, więc jeśli będą jakieś ruchy wiatru, to tylko z tyłu. Dlatego cały czas jeździłem z ekstremalnie niskich belek startowych, miałem świetnie przygotowane nogi i odbijałem się niesamowicie mocno do góry. Niestety, akurat na konkursy przyszedł wiatr pod narty, skorzystali na tym ci, którzy lecieli bardziej płasko. Mam nadzieję, że teraz pogoda dopisze. Cieszę się, że zawody będą rozgrywane wcześnie, bo do południa zawsze są mniejsze kłopoty z wiatrem.
Tylko że w Pucharze Świata nigdy nie skaczecie przed południem.
- Nie lubię długo spać. Od zawsze budzę się około 7., tak mam po prostu ustawiony zegar biologiczny. Poza tym wolę wstać, jechać na skocznię i walczyć, a nie pół dnia chodzić i myśleć, jak to będzie.
Denerwuje się pan?
- To moje czwarte igrzyska, jestem doświadczonym zawodnikiem, swoje już przeżyłem. Dzięki temu wiem, jak się zachowywać, co robić, jak się przygotować już przed samymi konkursami. No, i wiem na czym stoję. Znam swoją wartość. To mi pomaga.
O pańskiej klasie wreszcie przypomnieli sobie rywale. Każdy już wie, że Małysz to jeden z faworytów. I kto jeszcze?
- Ammann, Schlierenzauer, Morgenstern, Jacobsen, czyli zawodnicy cały czas groźni w Pucharze Świata. Ale nie ma co myśleć o rywalach, o tym, kto przed tobą skoczył daleko, kto może daleko skoczyć po tobie. Trzeba skoncentrować się i zrobić swoje.
Pod skocznią na pewno nie zabraknie pana kibiców.
- Będzie sporo Amerykanów i Kanadyjczyków polskiego pochodzenia, wiem, że przyjadą fani z Polski - wielu z nich od roku zbierało pieniądze na ten wyjazd. Ja się na kibicach od lat nie zawiodłem i jestem w stu procentach przekonany, że się nie zawiodę.
Źródło: Dziennik Metro