Kibiców w Polsce i Słowenii czeka długi wieczór przed telewizorami. O godz. 19.15 (w Kanadzie będzie wtedy 10.15) ich faworytki sprawdzą się w kwalifikacjach. Nieco ponad dwie godziny później (21.30), staną na starcie ćwierćfinałów. Możliwe, że zawodniczki już wówczas stoczą pierwszy pojedynek. Może się też zdarzyć, że ramię w ramię pobiegną dopiero w finale. Pewne jest jedno - obie marzą o tym, by w ostatnim biegu znaleźć się w towarzystwie wielkiej rywalki. Taka wygrana smakuje bowiem najlepiej.
Ponad tydzień temu, już w Kanadzie, w Canmore, Kowalczyk w sprincie zdeklasowała wszystkie przeciwniczki. Drugą Szwedkę Igę Ingemarsdotter Justyna wyprzedziła aż o 7,6 s. W poniedziałek, w biegu na 10 km techniką dowolną, który rozpoczął olimpijskie zmagania biegaczek, zwyciężczyni Charlotte Kalla była lepsza od drugiej Kristiny Smigun o 6,6 s. Triumf Szwedki uznano za wielki i bezdyskusyjny. Jak więc nazwać ostatnie zwycięstwo Polki, która imponującą przewagę zdążyła zbudować na trasie liczącej zaledwie 1,45 km? To był klasyczny nokaut.
- Nie do końca jestem zadowolona. Chciałam się porównać z Petrą, a ona upadła w półfinale - kręciła nosem Kowalczyk. Dziś Majdić na upadek sobie nie pozwoli. 31-letnia Słowenka zrobi wszystko, by walczyć z Polką o upragniony medal.
Petra, która od 2006 roku wygrywa w Pucharze Świata niemal każdy sprint, jest wielką nadzieją Słowenii na pierwsze w historii złoto zimowych igrzysk. Zdobyć miała je już przed czterema laty, ale w Turynie była dopiero ósma. Rozczarowała też na ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Libercu, gdzie była 13. Jedynym sukcesem aktualnej wiceliderki Pucharu Świata jest srebro, które przywiozła trzy lata temu z mistrzostw globu w Sapporo. To mało.
- Petra jest w dobrej formie, a to są prawdopodobnie jej ostatnie igrzyska w karierze, dlatego musimy z nich wycisnąć, ile tylko się da - mówi trener Słowenki Ivan Hudac. Szkoleniowiec nie kryje, że celem numer jeden jest złoto w sprincie. - Uznaliśmy, że lepiej nie startować w biegu na 10 km "łyżwą", żeby zaoszczędzić energię na sprint - wyjaśnia Hudac.
Justyna się nie oszczędzała, bo nigdy tego nie robi. - Dziewczyna biega wszystko, bo we wszystkim jest mocna - wyjaśnia w najprostszy sposób trener Aleksander Wierietielny.
Szkoleniowiec Polki bardzo dobrze ocenia jej występ w poniedziałkowym biegu. - Medal byłby dla nas przyjemną niespodzianką, ale piąte miejsce to nie jest rozczarowanie i porażka - twierdzi. Jego podopieczna też podkreśla, że z osiągniętego wyniku jest zadowolona, ale widać, że brak "przyjemnej niespodzianki" ją podrażnił. - Od początku powtarzałam, że 10 km "łyżwą" to nie mój dystans. Kto mnie słuchał, nie jest zaskoczony - mówi nasza królowa śniegu.
Ten, kto po pierwszym starcie Polki uznał, że królewski tron w biegach narciarskich zajmuje przypadkowo, że w Vancouver nie ma szans na olimpijskie złoto, już dziś może poczuć się zawstydzony. Wprawdzie fachowcy powtarzają, że Kowalczyk najgroźniejsza będzie dopiero w biegu łączonym na 15 km i na 30 km stylem klasycznym, ale Wierietielny swoje wie. - Moim zdaniem tylko pech [w sprincie zdarza się niestety często, łatwo tu o zderzenia, upadki, złamane kijki i narty] może jej odebrać medal na 1,45 km. Od dwóch lat w każdym krótkim biegu stylem klasycznym stawała na podium. Wiedzieliśmy, że to jest w programie igrzysk, więc się przygotowaliśmy - zapewnia trener.
Godz. 19.15 - eliminacje, godz. 21.30 - ćwierćfinały, godz. 22.20 - półfinały, godz. 22.45 - finał. Transmisje: TVP i Eurosport
Źródło: Dziennik Metro