http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polki finiszczyły rywalki

Łukasz Jachimiak
2010-02-28, ostatnia aktualizacja 2010-02-28 21:18

Świetnie - powiedziała na mecie Justyna Kowalczyk. Kilka minut wcześniej wygrała pasjonujący finisz z Marit Bjorgen i zdobyła złoty medal igrzysk olimpijskich w biegu na 30 km techniką klasyczną. - A my kilka minut przed biegiem o brąz dowiedziałyśmy się, co zrobiła Justyna - mówiły polskie panczenistki. I też pokazały, jak się finiszuje

Justyna Kowalczyk ze złotym medalem
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Justyna Kowalczyk ze złotym medalem
ZOBACZ TAKŻE
>> Chore psie stawy - czytaj na Cafe Metro

Trzynaście lat temu postanowiła, że będzie biegaczką narciarską. Przed czterema laty zdobyła olimpijski brąz w biegu na 30 km stylem dowolnym, rok temu na tym dystansie była najlepsza na mistrzostwach świata. W sobotę, w Vancouver, w maratonie rozgrywanym "klasykiem" została mistrzynią olimpijską.

Po największy sukces w karierze i drugie - po triumfie Wojciecha Fortuny w 1972 roku - olimpijskie złoto zimowych igrzysk w historii polskiego sportu. Justyna biegła przez półtorej godziny. - To męka. Całe ciało będzie mnie bolało tak, jak nieraz każdego boli ząb - mówiła Polka przed startem.

Ten ból obserwowali my w niezwyk ym napićciu, bo równie dzielnie co Justyna swoje cierpienie znosi a Marit Bj´rgen. Norweýka, która w Vancouver zdoby a juý trzy z ote medale, robi a wszystko, by zgarna kolejny. Zaraz po 20. kilometrze przypuściła mocny atak i uciekła Justynie na kilkadziesiąt metrów. W ilu polskich domach zwątpiono w złoto? Zapewne były i takie, ale ci, którzy znają Kowalczyk, wiedzieli, że to nie koniec.

Justyna zebrała w sobie resztki sił i pognała za Norweżką. - Jakimś cudownym przypadkiem po ataku Bjorgen spotkałam przy trasie trenera. Krzyknął: "goń spokojnie, nie na wariata, krok za krokiem odrabiaj straty, dojdziesz ją, a na stadionie wyprzedzisz". Wszystko przewidział! Mogłam "zasprintować" od razu, ale to kosztowałoby mnie zakwaszenie mięśni. I na pewno nie byłoby takiego finiszu - opowiada Justyna.

A finisz był wspaniały. Osiemset metrów przed metą Kowalczyk zaatakowała. Ale Bjorgen, która wcześniej długo prowadziła, mając Justynę za plecami, ani myślała się poddać. Tylko czyhała na błąd Polki, sunąc za nią jak cień. Zadrżeliśmy, kiedy obie wpadły na stadion. W tym miejscu Kowalczyk przegrała finał sprintu, za szeroko wchodząc w zakręt i puszczając przodem Norweżkę. - Muszę się jeszcze uczyć, jak się biega na nartach - mówiła wtedy. Pokazała, że uczy się błyskawicznie, że wnioski na wagę największych triumfów wyciąga w ciągu krótkiej chwili.

Na stadionie Bjorgen zwiększała tempo, wprowadzając Polaków w stan przedzawałowy. Kiedy wjechała na tor obok Justyny i mknęła z nią ramię w ramię, wydawało się, że Kowalczyk pęknie. - Dwa kilometry przed metą stał Paweł Brandt, nasz fizjoterapeuta i krzyknął: "Justyna, wytrzymaj! Dasz radę! Z tyłu są daleko!" - opowiada Polka, zdradzając, że ludzie z jej sztabu myślami byli już nie przy atakowaniu fenomenalnej Norweżki, ale przy obronie drugiej pozycji, której rzeczywiście żadna z rywalek nie była w stanie zagrozić (brązowa medalistka, Aino-Kaisa Saarinen z Finlandii, dotarła na metę ponad minutę po Kowalczyk i Bjorgen). - Wtedy pomyślałam tylko "no to zaraz zobaczysz, co będzie!" - wspomina Justyna ze śmiechem.

Zobaczyliśmy wszyscy: potężne zamachy ramion i uderzenia kijkami w pokrytą śniegiem ziemię. To Kowalczyk potrafi robić jak nikt inny. Bjorgen wcale nie zabrakło energii, na ostatnich metrach biegła jak nakręcona, ale zwyczajnie silniejsza była nasza zawodniczka.

Zaprocentowały godziny ciężkiej pracy. Przydały się kilometry, jakie z polecenia trenera Aleksandra Wierietielnego Justyna pokonuje, używając wyłącznie rąk (nogi stoją, ręce pchają). Linię mety Kowalczyk przecięła o 0,3 sekundy szybciej niż Marit. Po chwili do leżącej i śmiejącej się Polki Norweżka pospieszyła z gratulacjami. - Wygrałam wszystko. Mam mistrzostwo świata, mam Puchar Świata, mam nawet zwycięstwo w Tour de Ski, którego brakuje Bjorgen, a teraz mam też olimpijskie złoto - cieszyła się już kilka minut po biegu Justyna.

Później nasza królowa śniegu, która z Vancouver przywiezie dziś do Polski medale z każdego kruszcu, najcenniejszy z nich odebrała z rąk Ireny Szewińskiej. - Ostatnio często grano mi "Mazurka Dąbrowskiego". Mam nadzieję, że w Vancouver też zagrają - mówiła Justyna przed igrzyskami. Marzenia się spełniają. Tylko trzeba na nie mocno pracować. O tym powinny pamiętać koleżanki Justyny, które w sobotę także spisały się bardzo dobrze. 11. miejsce zajęła Kornelia Marek, 25. była Sylwia Jaśkowiec, a 29. Paulina Maciuszek.

>> Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów