>>
ZOO zmienia się na wiosnę - czytaj na Cafe Animal Sezon dwóch olimpijskich sreber z Vancouver Małysz miał zakończyć zwycięstwem w miejscu, w którym już w XIX wieku oddano pierwszy skok w historii, i w którym on sam wygrał swój pierwszy w życiu konkurs Pucharu Świata. W Oslo Małysz od 17 marca 1996 roku triumfował aż pięć razy. Takim osiągnięciem nie może pochwalić się nikt inny. Właśnie dlatego Norwegowie, którzy Holmenkollen otaczają kultem, nadali Polakowi tytuł króla tego miejsca.
Wczoraj na nowym obiekcie, który gospodarze wybudowali w miejscu starej skoczni kosztem 220 mln euro, Adam skakał fenomenalnie. Od zwycięzcy, Ammanna, był lepszy w sumie aż o pięć metrów. Szwajcar, który po zawodach odebrał Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, wygraną na Holmenkollen zawdzięcza wyłącznie szczęściu.
Hannu Lepistö kręcił głową, bo biało-czerwona chorągiewka, którą trzymał w dłoni, powiewała raz w jedną, raz w drugą stronę. Wieje pod narty czy w plecy? Tego nie był w stanie ocenić nikt. Ale startujący zawodników Miran Tepeš długo się nie zastanawiał. Na chwilę nakazał Polakowi zejść z belki startowej, za moment zaprosił go jednak na nią ponownie i włączył zielone światło. Fiński szkoleniowiec machnął flagą na znak startu, bo nie miał wyboru. Już po chwili Lepistö machnął ręką, widząc, jak jego podopieczny szamoce się z naturą. Małysz wystrzelił z progu jak z katapulty i najpewniej znów, jak w sobotnich treningach i w niedzielnej serii próbnej, odleciałby wszystkim rywalom, gdyby potężna wichura nie rzucała jego nartami na przemian w górę i w dół. 128,5 metra było w tych warunkach rezultatem znakomitym. Problem w tym, że od noty Polaka sędziowie odjęli aż 17 punktów, uznając, że wiatr wiejący z siłą dwóch metrów na sekundę był jego sprzymierzeńcem!
Jak wygląda prawdziwy uśmiech losu, niedowidzącym jurorom i zwolennikom nowego, przedziwnego systemu oceniania zawodów pokazał kilkadziesiąt sekund później Andreas Kofler. Kiedy tylko Austriak siadł na belkę, jego trener wściekle machnął swoją chorągiewką, bo czuł, że korzystny wiatr niemal wyrywa mu ją z ręki. Na poduszce powietrznej "Kofi" poleciał najdalej w całej stawce. 139,5 metra pozwoliło mu zajmować po pierwszej serii drugie miejsce. Pierwszy był Ammann, który skoczył o cztery metry bliżej, ale dostał lepsze noty i bonusowe punkty za start z niższego najazdu.
Manewrowanie wysokością belki startowej, dodatnie i ujemne punkty mające rekompensować zawodnikom kaprysy przyrody - to wszystko uwzględnia system, który już po wczorajszych zawodach powinien wylądować na śmietniku. Jego wartość pokazał wszystkim Małysz. W finale Polak skoczył 136,5 metra. Zawodnicy, którzy go wyprzedzali, lądowali nawet o 20 m bliżej. Ammann był gorszy o 12 metrów, ale wygrał różnicą dziewięciu "oczek", bo miał gigantyczną, 24-punktową przewagę z pierwszej serii.
Za tydzień, na mistrzostwach świata w lotach, Szwajcarowi o kolejne zwycięstwo nie będzie łatwo. Małysz, który w finale Pucharu Świata został skrzywdzony przez jego szefów (tak jak na inaugurację sezonu w Kuusamo, kiedy odpadł w kwalifikacjach, oddając skok, mimo trzech czerwonych świateł zapalonych wzdłuż skoczni), prezentuje fenomenalną formę. W Oslo Adam wywalczył swoje szóste w sezonie, a 83. w karierze podium. W Planicy o medalach będą decydowały aż cztery skoki oddane na przestrzeni soboty i niedzieli, a Małysz stabilnością już dorównał Ammannowi. - W lotach nie mam jeszcze medalu, niektórzy mówili, że nie jestem typem lotnika, chcę im udowodnić, że nie mają racji - deklaruje nasz mistrz, który w klasyfikacji generalnej PŚ zajął piąte miejsce. Podium było w zasięgu ręki. Adam pewnie znalazłby się za plecami Ammanna i Gregora Schlierenzauera, gdyby np. w styczniu poleciał na dwa konkursy do Japonii. Ale cel na ten wspaniały sezon był inny. Czterokrotny zdobywca Pucharu Świata mierzył w medale. W Vancouver zdobył dwa. W Planicy powinien sięgnąć po kolejny.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl