- Jestem strasznie zadowolony. Na pewno będę walczył z Simonem o złoty medal - cieszył się Małysz w piątek. Wtedy Polak pofrunął na słoweńskiej Letalnicy 217,5 i 215 metrów. W sumie był lepszy od Simona Ammanna o pół metra, ale z wielkim faworytem przegrywał o 2,8 punktu, m.in. dlatego, że Szwajcar dostał wyższe noty od sędziów. - Ubolewam nad tym, ale ja nic nie mogę zrobić - mówił Adam. W drugiej piątkowej próbie sprytnie zamarkowany telemark dał Szwajcarowi dwie oceny "19" i jedną "18,5". Małysz otrzymał trzy razy "18,5". Szczegół, drobnostka. - Mam nadzieję, że sobota będzie moim dniem. Marzę o tym - mówił przecież zadowolony Polak, który do dwóch olimpijskich sreber z Vancouver chciał dorzucić kolejny w tym sezonie medal.
Sobotni poranek, seria próbna - Małysz skacze 213,5 metra, Ammann korzysta z odrobinę lepszego wiatru i ląduje o trzy metry dalej. Reszta jest tłem. Trzeci po piątkowych skokach Gregor Schlierenzauer ląduje na 203. metrze. - Brakuje mi pewności siebie, w moich skokach nie ma takiego luzu, jak u rywali - przyznaje 20-latek, który do liderów traci kilkanaście punktów. Złoto i srebro zarezerwowane dla znakomitej dwójki. Jasne, to loty, tu wszystko może się zdarzyć, ale prawdopodobieństwo wypaczenia wyników jest niewielkie, bo przecież wszystko odbywa się w myśl nowych zasad, które według Międzynarodowej Federacji Narciarskiej są w stanie poprawić samą naturę.
Trzecia seria dwudniowych zawodów - emocje rosną, bo skoczkom wieje pod narty. Miran Tepeš włącza zielone światło Andersowi Jacobsenowi i Schlierenzauerowi, kiedy wieje z siłą 1,2 m/s pod narty. Ta poduszka powietrzna Norwega zanosi na 230,5 metra, a Austriaka, który rusza z najazdu krótszego o dwie belki - o osiem metrów bliżej. Za chwilkę na belkę siada Małysz. Ale dlaczego tak szybko, skoro wiatr jest już dwa razy słabszy niż przed chwilą? Może Tepeš się opamięta, może zaczeka? Nie - zielone światło pojawia się błyskawicznie i Adam rusza. Co zrobi? Czy doleci tak daleko jak rywale? Na progu jest wolniejszy od Jacobsena aż o 2,5 km. To przepaść. W locie szamoce się strasznie, ciągnie, ale ląduje tylko na 211. metrze. W dole zabrakło wiatru i prędkości. Starczyło na obronę drugiego miejsca. O walce z Ammannem Polak musiał zapomnieć, bo "Simi" po chwili ruszał przy podmuchach dokładnie takich jak te, które niosły Jacobsena i Schlierenzauera. Mistrz olimpijski z daru losu o Tepeša skorzystał. Wylądował aż o 16 metrów dalej niż Małysz. Zamknął polskie marzenia o złocie.
W finale było jeszcze gorzej. Jacobsen - 227,5 m, Schlierenzauer - 230,5 m. - Wydawało mi się, że dobrze wyszedłem z progu, później nie miałem powietrza w pierwszej fazie i nagle jakiś podmuch uderzył mi w lewą nartę. Strasznie mi ją wykręciło, poszła mi aż za głowę, wytraciłem szybkość i spadłem. Sakramencko się to wszystko popsuło. Jestem mocno wkurzony - opowiada Małysz, który wylądował na 211. metrze. Do medalu zabrakło 33 centymetrów. Jacobsen w czterech skokach był lepszy o zaledwie 0,4 punktu. To dramat Polaka, który w sumie skoczył aż 853 m, a jednak o 33 cm za mało.
Jak bardzo zabolała Małysza sobotnia porażka, widzieliśmy wczoraj. Znakomite loty na 218,5 i 213,5 metra nie wywołały na jego twarzy choćby niewielkiego uśmiechu. Sprawę pokpił Łukasz Rutkowski, który w drugiej serii skoczył tylko 143 metry. Gdyby nie ta wpadka, byłby medal, bo świetnie spisywał się Kamil Stoch (16. zawodnik konkursu indywidualnego skoczył 197,5 i 222,5 m, bijąc swój rekord życiowy), a przyzwoicie Stefan Hula (192,5 i 197 m). Zwycięska Austria i druga Norwegia były poza zasięgiem, ale do trzeciej Finlandii naszej drużynie zabrakło tylko 21,8 pkt. - Może gdyby Łukasza ściągnięto z belki przy tych złych warunkach, zdobyłby chwilę później o 20 punktów więcej? - zastanawia się Małysz. Mniej dyplomatyczny jest Stoch. - Sędziowie wszystko popsuli. To manipulacja, zabrali nam medal! - złości się Kamil, zwracając uwagę na to, że kiedy swoją próbę miał oddawać Fin Olli Muotka, jury długo zwlekało z włączeniem zielonego światła.
Moutka 166,5 metra osiągnął w odrobinę gorszych warunkach niż Rutkowski 143 m. Ale Stoch ma rację - Tepeš rzeczywiście czekał, by Fin skakał przy porównywalnym wietrze co Polak, a nie gorszym, jaki hulał nad skocznią, kiedy przyszedł czas na start tego skoczka.
Dlaczego Słoweniec dzień wcześniej nie dał podobnej szansy Małyszowi? To pytanie szefom Pucharu Świata zadać powinni przedstawiciele Polskiego Związku Narciarskiego. Sam Małysz nie ma problemu z przyznaniem, że jego skoki z soboty były gorsze, że nie było to jego wielki dzień. Ale prawda jest taka, że medal Polakowi się należał.
Uderzyć pięścią w stół
Wolfgang Loitzl i Thomas Morgenstern są nietykalni. Simon Ammann i Janne Ahonen markują telemark, Gregorowi Schlierenzauerowi podczas lądowania odjeżdża narta, Bjorn Einar Romoren lecąc prowadzi narty niemal równolegle. Wszyscy i tak dostają wysokie noty od sędziów. Skoczkowie ze światowej czołówki od zawsze są oceniani lepiej od tych bez "wyrobionych" nazwisk. Zasada nie dotyczy Adama Małysza. W Planicy na 20 ocen sędziowskich Polak dostał tylko dwie "19", a rywale ocierali się o "dwudziestki", czyli noty marzeń. Na samych ocenach w stosunku do Polaka "Morgi" zarobił pięć punktów, "Schlieri" - pięć i pół, a Loitlz - aż dziewięć. Gdyby choć jedna z not przyznanych Małyszowi była wyższa o marne pół punktu, to on, a nie Jacobsen miałby brązowy medal. Na te pół punktu Małysz zasłużył w każdym swoim skoku. I to u każdego z sędziów. Ciekawe, czy wie o tym Apoloniusz Tajner. Jeśli tak, powinien wreszcie wyciągnąć głowę z piasku i uderzyć pięścią w stół. W końcu pensję pobiera nie za to, by od czasu do czasu grzecznie dziwić się pewnym decyzjom w telewizyjnym studiu, ale za to, by mówić o tym, co mu się nie podoba ludziom kierującym Pucharem Świata. Jeśli szef Polskiego Związku Narciarskiego nie wie, jak to się robi, niech zapyta kolegów po fachu z zagranicznych federacji.
Źródło: Dziennik Metro