Polka złapana na stosowaniu niedozwolonych substancji podczas igrzysk w Vancouver twierdzi, że nie rozumie całej sytuacji. - Nie wiem, skąd wzięło się EPO w moim organizmie, ale czuję się winna i jestem gotowa ponieść karę - stwierdziła Marek, przypominając, że wcześniejsze badania antydopingowe, tuż przed igrzyskami przeszła pomyślnie.
Od afery zdecydowanie odcina się szkoleniowiec kadry Wiesław Cempa. - Nie usłyszeliśmy sensacji. Trener znów podkreślił, że nie wiedział, by ktoś z jego grupy stosował doping. Kornelia Marek podtrzymała wcześniejsze stanowisko, że świadomie nie stosowała żadnych środków dopingujących, a zastrzyki robił jej wyłącznie doktor Witalij Trypolski - mówi członek komisji Zbigniew Waśkiewicz.
On i trójka pozostałych "śledczych" za jedyny sukces posiedzenia mogą uznać uporządkowanie dokumentacji przekazanej przez PZN. Ale trudno nazwać przełomem poznanie nazw leków i odżywek, jakie do Vancouver zabrała polska ekipa.
- Ustalimy jeszcze terminy dwóch spotkań i jeśli po nich do niczego nie dojdziemy, zakończymy prace - mówi Waśkiewicz.
Możliwe, że na jedno z tych spotkań przybędzie główny podejrzany, czyli Trypolski. - Ma przywieźć swoją dokumentację. Mamy nadzieję, że rozmowa z nim dużo wniesie do sprawy - twierdzi Waśkiewicz.
Niestety, coraz wyraźniej widać, że komisja, z którą spore nadzieje wiązały PKOl i ministerstwo sportu, jest skazana na niepowodzenie. Co na to PZN? Jak ustaliło "Metro", śledztwo poprowadziłaby prokuratura, gdyby związek o to do niej wystąpił. - Nie wykluczamy takiego ruchu, ale na razie czekamy na efekty działań komisji. Ona dopiero zaczęła swoją pracę, w najbliższych dniach stanie przed nią jeszcze kilka ważnych osób, sporo może się wydarzyć. - mówi nam Grzegorz Mikuła, sekretarz generalny PZN.
Źródło: Dziennik Metro