John Travolta jak szalony wymachiwał flagą w szachownicę, gdy najpierw Button, a za nim, w żółto-czarnym bolidzie, przejeżdżał metę Kubica. Parę minut później hollywoodzki aktor wręczył Polakowi srebrną paterę i uciekł przed strugami szampana.
Zobaczyć w tej magicznej chwili miny tych wszystkich, którzy po pierwszym starcie w Bahrajnie nazywali Formułę 1 "najnudniejszym sportem świata", a rywalizację bolidów "pochodem ciężarnych słonic" - bezcenne. Bo wyścig na ulicach Melbourne był jednym z najlepszych w ostatnich latach! Było w nim wszystko! Na początku deszcz, potem kraksy, genialne posunięcia taktyczne, zacięta rywalizacja z tuzinem zapierających dech wyprzedzeń, wreszcie dramaturgia ostatnich kilometrów i fantastyczne podium Kubicy. "Spectaculaire" - pisze "Le Figaro", "magnifique" - dodaje "L'Équipe", a AUTOhebdo.fr w relacji na żywo trzykrotnie użył słowa "fantastique". Nie trzeba znać francuskiego, żeby zrozumieć, jakimi przymiotnikami tamtejsze gazety i serwisy okrasiły Roberta i Renault.
Spryt Kubicy, szał Hamiltona
Już na starcie Kubica zachował się jak królewski muszkieter - popisał się refleksem, w ostatniej chwili omijając stojącego w poprzek toru Fernanda Alonso. "Bączek" Hiszpana zaskoczył za to siedmiokrotnego czempiona F1 Michaela Schumachera, który zagapił się i wjechał w Buttona. W tym czasie Kubica już gnał jak szalony za Sebastianem Vettelem (Red Bull).
Cechą właściwą muszkieterom jest też spryt. I tego nie brakuje Robertowi. - Zobaczyliśmy, że Jenson zmienił opony na slicki i zaczął jechać szybciej, więc na następnym okrążeniu zjechałem do boksu. Dzięki szybkiej pracy mechaników udało się wyprzedzić Felipe Massę - opowiadał Kubica.
Wtedy był już trzeci, za Vettelem i Buttonem, ale z tyłu jak szalony jechał Lewis Hamilton. Startujący z 11 pozycji Brytyjczyk kipiał wściekłością, mijał kolejnych rywali, jakby siedzieli za kierownicą samochodów osobowych. I to o nienajlepszych wcale osiągach. Wreszcie dopadł Kubicę. Zaczął się spektakl, który jeszcze wielokrotnie będziemy wspominać z uśmiechem od ucha do ucha. Hamilton kilka razy próbował wyskoczyć zza ogona Renault, ale za każdym razem Kubica odpierał jego atak. Jak prawdziwy muszkieter umiał uchronić się przed ciosami, wymachiwał bolidem na torze jak szpadą, co chwila kontrując kierowcę McLarena. Aż ten musiał odpuścić. Zjechał na wymianę zniszczonych atakami opon.
Blokada Vettela, gapiostwo Webera
Cechą muszkieterów - trzymając się tej nomenklatury - jest też skromność. Już skąpany w szampanie Polak przyznał: - To wyjątkowy wynik dla całego zespołu. Prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie osiągnąć podium w normalnym wyścigu.
Owszem, to, co się działo w Melbourne, "normalne" nie było, ale też trzeba przyznać, że po raz pierwszy od wielu, wielu wyścigów pech dopadał innych, a nie - jak do tej pory - Kubicę. Tym razem znów "uszczęśliwił" Vettela. Niemiec jadący po zwycięstwo zablokował koła i wylądował w żwirze. Dwa tygodnie temu posłuszeństwa odmówił mu bolid.
Pech lub też gapiostwo spotkały również drugiego kierowcę Red Bulla Marka Webera. Australijczyk próbował wmieszać się w walkę Hamiltona z Alonso i uderzył w bolid tego pierwszego. Mimo to Hamilton dojechał do mety na szóstej pozycji.
A Kubica do ostatniego okrążenia bronił się przed Ferrari Felipe Massy. Obaj jechali już na oparach paliwa, obaj na zniszczonych oponach. Polak był szybszy. A jakby szczęścia było mało, już za tydzień, w świąteczną niedzielę, Formuła 1 jeździ w Malezji.
Źródło: Dziennik Metro