Mój ojciec był prokuratorem. Gdy dostał propozycję pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości, przeprowadziliśmy się z rodzinnego Krakowa do Warszawy. Ojciec uwielbiał jeździć na nartach. Często jeździli z mamą w góry. Pod koniec sierpnia 1939 r. byliśmy właśnie na wakacjach w Zakopanem. Tam ojciec dostał wezwanie do natychmiastowego stawienia się w pracy. Był wysokim urzędnikiem państwowym, więc nie podlegał mobilizacji. Mimo to został wraz z innymi pracownikami ministerstwa wysłany specjalnym pociągiem na wschód. Ja i mama pojechaliśmy z nim. Trafiliśmy do Dubna, koło Równego, które dziś leżą na Ukrainie. Na miejscu, w lokalnej szkole, miało działać Ministerstwo Sprawiedliwości. Wszyscy myśleliśmy, że wojna szybko się skończy, ale zamiast tego zobaczyliśmy Sowietów. Otoczyli budynek dwa, trzy dni po 17 września. Uciec zdołali tylko ci, którzy nie mieli rodzin. Ojca aresztowali. Tuż przed wywiezieniem do Starobielska mamie udało się z nim spotkać. Dał jej wszystkie pieniądze, obrączkę i sygnet. Kazał uciekać do dziadków, do Krakowa. Dotarliśmy tam przez Lwów, po dwóch miesiącach.
Udało nam się, gdyż Niemcy i Rosjanie na krótko otworzyli granicę. Od ojca z obozu przyszedł tylko jeden list i plik kartek, które wysyłała do niego mama. Wszystkie z dopiskiem "adresat nieznany". Mama bardzo to przeżywała. Zaraz potem ciężko zachorowała na nerki. Zmarła w 1942 r.
O tym, że ojciec zginął w Katyniu, dowiedziałem się w 1943 r., krótko po tym, gdy Niemcy ujawnili odkrycie masowych grobów. Nazwisko ojca było na liście opublikowanej w "Gońcu Krakowskim" w czerwcu 1943 roku, obok innych ekshumowanych w Katyniu. Napisano: "urodzony w 1914 r. Skąpski Bolesław - oficer rezerwy, w płaszczu oficerskim z odprutymi dystynkcjami". Mieliśmy jeszcze nadzieję, że może chodzi o kogoś innego, kto nosi to samo imię i nazwisko, ponieważ ojciec, gdy go zabierali, był w cywilnym ubraniu. Dziadek jednak stwierdził, że nie ma sensu trzymać mnie w niepewności. To on mi pierwszy powiedział: "Ojca zabili ci Sowieci".
Po wojnie o ojcu można było opowiadać tylko w domu. Nigdy w szkole, z kolegami. Informacja, że ktoś z krewnych zginął w Katyniu, groziła nie dostaniem się na studia lub zwolnieniem z pracy. Mimo to UB przychodziło do szkoły. Zabierali mnie na przesłuchania i wypytywali, gdzie ojciec? Odpowiadałem, że poszedł na wojnę i nie wrócił. Gdy padało pytanie, kim był, mówiłem, zresztą zgodnie z prawdą, że urzędnikiem. To powtarzało się wiele razy. Wszystko wcześniej ćwiczyłem z dziadkiem.
Kłopoty miałem również podczas komisji wojskowej. Felczer, który mnie ważył i mierzył, nagle pokazał mi rubrykę: pochodzenie społeczne. A tam kulfonami kogoś, kto skończył dwie klasy, było napisane: "aparat ucisku". Powiedział, że mogą mnie przydzielić do kopalni uranu w Sudetach, a wiedziałem, że stamtąd mogę już nie wrócić.
Nie wiem dlaczego, ale felczer podszedł do lekarza i chwilę rozmawiali. Wykorzystał nieuwagę wojskowych i wpisał mi, że jestem niezdolny do służby, mimo że byłem zdrowy. Być może uratował mi tym życie. Dzięki niemu poszedłem też na studia i skończyłem budownictwo wodne na politechnice.
W latach 80. dołączyłem do krakowskiej Rodziny Katyńskiej. W 1989 r. pojechałem z córką do Katynia. To był wstrząs. Wydawało mi się, że słyszę strzały i widzę ciała zrzucane do dołu. Był listopad. Miesiąc, kiedy ojca przewożono w bydlęcym wagonie ze Starobielska do Kozielska. Miał na sobie tylko letnie ubranie. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, jak mu musiało być zimno. Nie wiem, czy ja bym to przeżył.
Od Rosjan oczekiwałbym przeprosin, ale takich płynących z głębi serca. Ujawnienia całej prawdy o tym mordzie, co mogłoby sprawić, że moje serce przestanie krwawić, choć wiem, że żal pozostanie na zawsze.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl