37-letni "Vinny" nie należy do grona mistrzów kategorii ciężkiej, którą zawojować chce młodszy o trzy lata Polak. Z czterdziestu walk stoczonych na zawodowym ringu Amerykanin wygrał 33, sześć przegrał, jedno starcie zostało uznane za nieodbyte. Adamek, który zwycięsko kończył aż 42 ze swych 43 starć i kilka lat temu panował w kategoriach juniorciężkiej oraz półciężkiej, niewątpliwie daje swemu rywalowi wielką szansę. Taką, jaką otrzymał słynny
Rocky Balboa, filmowy bokser wykreowany przez Sylvestra Stallone. Idol Filadelfii, tak samo jak Maddalone, ma włoskie pochodzenie. Ale na tym podobieństwa mają się kończyć. Bo prawdziwym Rockym chce być nasz pięściarz, który między linami prezentuje zdecydowanie bardziej widowiskowy, ofensywny styl walki. - Maddalone to żaden kelner. Jest silny, odporny na ciosy, lubi atakować. Ale moim celem jest wywalczenie mistrzowskiego pasa w wadze ciężkiej i wiem, że ten cel osiągnę. Ta walka da mi kolejne doświadczenia. Obiecuję, że wygram i to w dobrym stylu. Dam swoim fanom prawdziwą bokserską ucztę - zapewnia Adamek.
Z Andrzejem Gmitrukiem, byłym trenerem Tomasza Adamka, rozmawia Łukasz Jachimiak Maddalone to bardziej były baseballista, czy jednak poważny bokser? Skoro kiedyś walczył z Evanderem Holyfieldem i Jean-Marckiem Mormeckiem, to chyba jednak coś potrafi? - Obejrzałem jego walkę z Mormeckiem, później rozmawiałem m.in. z Przemkiem Saletą i ze znakomitym znawcą boksu, jakim jest Janusz Pindera. Wszyscy uważamy, że Maddalone to wymarzony przeciwnik dla Tomka. Jest silny, cały czas idzie do przodu, ale ma słabą technikę i duże braki w defensywie. Od Adamka jest też znacznie wolniejszy i, brzydko mówiąc, prymitywniejszy w ogólnym wyszkoleniu.
Zatem możemy się spodziewać szybkiego nokautu? - Wszystko zależy od założeń taktycznych obozu Adamka. Myślę, że plan jest taki, by trochę poboksować. Ale nie dłużej niż pięć-sześć rund.
Po co w ogóle Adamkowi ta walka? Rywal średni, wielkie amerykańskie telewizje nie przeprowadzą transmisji, a czwartkowy termin chyba nie przystoi bokserowi z taką pozycją, jaką ma Polak? - Z tego co wiem, to Prudential Center jest mocno obłożona, bo przecież w niej organizuje się nie tylko boks [w tej hali grają m.in. ekipa NHL New Jersey Devils i zespół
NBA New Jersey Nets]. Dla kibiców Tomka tak naprawdę dzień nie ma znaczenia. On już wyrobił sobie markę, zdobył tysiące fanów. Ci ludzie na pewno przyjdą. Myślę, że na trybunach będzie 10-12 tysięcy polonusów.
Ale kibice mieszkający w Polsce pewnie nocy nie zarwą. Przecież w piątek trzeba pójść do pracy. - W dobie techniki to nie problem. Ja sam ze względu na intensywną pracę często oglądam walki dopiero po fakcie. Nagrywa mi je żona. Ale teraz walkę oczywiście zobaczę na żywo, ze
studia Polsatu. Dla mnie wszystkie starcia Tomka są wypełnieniem ważniej części życia. Mam z nim stały kontakt, podchodzę do niego emocjonalnie. Wielu kibiców na pewno też.
Rozumie pan tych ludzi, którzy życzą Adamkowi wielkich starć o mistrzowskie pasy i widząc średnio ważną potyczkę z Maddalonem myślą, że coś jednak nie idzie we właściwym kierunku? - Oczywiście, że rozumiem. I uspokajam - już toczą się rozmowy na temat kwietniowej walki z Royem Jonesem albo z Mormeckiem. Według mnie Mormeck, który miał co prawda dwuletnią przerwę, ale który był królem kategorii cruiserweight [juniorciężkiej], byłby dla Tomka idealnym rywalem.
W walce z Maddalonem Mormeck był zdecydowanie lepszy? - Na pewno tak, choć Maddalone sporo klinczował, więc nie brakowało ringowej przepychaniny. Ale Tomek ma bardzo dobrą pracę nóg, potrafi uderzać z defensywy, po prostu prezentuje styl, który w moim przekonaniu pozwoli mu łatwo wygrać z Amerykaninem, a pozwoliłby też pokonać Mormecka.
Pan mówi o Mormecku, ale kibice chcieliby jeszcze więcej. Proszę szczerze powiedzieć - walki z pięściarzami takimi jak Maddalone wydłużają drogę Adamka do starcia z którymś z braci Kliczko? - Wcale nie. Tomek czekając na walkę nic nie zyska. Dzięki częstemu boksowaniu on cały czas jest w rytmie. Co do Kliczków, to widać, że wokół nich jest ciągłe zamieszanie, więc dogadać walkę na pewno nie będzie łatwo. Jest jeszcze David Haye, ale on się do potyczki z Tomkiem nie pali. Team Adamka słusznie uznaje, że trzeba regularnie walczyć, bo długie przerwy nie są też dobre dla kibiców. W Stanach Zjednoczonych ważny jest klimat wokół zawodnika. Za Tomkiem murem stoi Polonia, która przy okazji jego walk demonstruje swoją patriotyczną postawę. Tomek jest tam trochę jak w Polsce reprezentacje siatkarskie. Robi show, przyciąga ludzi. Tego nie wolno zaprzepaścić.
Wierzy pan, że w przyszłym roku Adamek da tym ludziom naprawdę wielką walkę? - Myślę, że tak, choćby dlatego, że jest na bardzo wysokich pozycjach w listach rankingowych. Oczywiście wszystko będzie zależało od warunków finansowych. Przy poważnej walce negocjacje trwają nawet pół roku, bo chętnych na tort nie jest tylko dwóch pięściarzy, ale cała armia ludzi. Tu kluczowe są historie kuluarowe, pozycje federacji,
przetargi telewizyjne. Zabiegi o wielką walkę muszą jeszcze troszkę potrwać, ale wcześniej czy później Tomek taką dostanie.