Jestem mamą prawie sześciolatki. Mieszkam na warszawskiej Pradze-Północ. Od roku żyliśmy (w domu, w przedszkolu, na spotkaniach ze znajomymi) tematem: pierwsza klasa czy zerówka. Bałam się, że Zosia sobie nie poradzi, więc stawiałam na zerówkę. W przedszkolu dostałam diagnozę o jej gotowości do szkoły, ale kto by temu ufał? Prawie wszystkim dzieciom z grupy tak napisano.
Przekonała mnie
szkoła. A właściwie przestraszyła. Na zebraniach dla rodziców powtarzano, że dla sześciolatka to tylko pierwsza klasa, bo nie straci roku, uniknie ścisku w następnym podwójnym roczniku, będzie mu łatwiej potem dostać się do
gimnazjum, liceum, na
studia, itd. Dyrektorka w mojej rejonowej podstawówce oznajmiła, że jeśli rodzice nie dadzą się przekonać w tym roku, to w przyszłym będzie musiała otworzyć aż dziewięć klas pierwszych! A budynek niewielki. Z bólem serca zapisałam Zosię do pierwszej klasy. Lepiej teraz, kiedy obiecują cztery maksymalnie 25-osobowe klasy niż za rok w tłoku.
Rekrutacja się skończyła i chyba zmieniła się polityka. Poinformowano nas, że jest zgoda na otwarcie tylko dwóch pierwszych klas dla sześciolatków! Na trzecią jest za mało chętnych. Kiedy poinformowano mnie, że te klasy będą 30-osobowe, zrezygnowałam. Przepisałam małą do zerówki. I tak ministerialna reforma edukacji poległa na szkolnych progach.
O losie sześciolatka decyduje burmistrz Alicja Bobrowicz: Najpierw usilnie przekonuje się rodziców do pierwszych klas, a potem odsyła z kwitkiem? Katarzyna Zielińska, naczelnik w stołecznym biurze edukacji: - Nie. W ofercie tej szkoły były dwie pierwsze klasy. Zgłosiło się 66 rodziców z rejonu i 15 spoza. To za mało na trzy pierwsze klasy i za dużo na dwie. Decyzję w takich sytuacjach podejmuje burmistrz w porozumieniu ze szkołą. Zdecydowano, że powstaną dwie klasy dla sześciolatków z rejonu, a piętnastce rodziców dano trzy opcje: klasa mieszana z siedmiolatkami, klasa pierwsza w innej z praskich podstawówek (miejsc w dzielnicy nie brakuje) albo oddział przedszkolny.
Nie można utworzyć trzech klas, mniej licznych? - Nie dziwię się, że burmistrz się wzbrania. Z praktyki wiemy, że dzieci potem się wykruszają i 20-osobowa klasa zmienia się w 15-osobową. Ale ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły. Nawet pod koniec sierpnia mogą się zgłosić kolejni rodzice i wtedy będzie wystarczająca liczba sześciolatków na utworzenie jeszcze jednej klasy.
Dlaczego straszono rodziców 30-osobowymi klasami? - Szkoła tego nie potwierdza. Może rodzice usłyszeli to od innych rodziców.
Grzegorz Żurawski, rzecznik MEN - Ministerstwo nie może ingerować w to, jak gminy czy dzielnice organizują szkolne oddziały. Takie działanie władz dzielnicy mogła wymusić konieczność dopinania okrojonego w tym roku budżetu. Są dzielnice, jak np. Wola, gdzie jest zgoda na otwieranie oddziału nawet dla 19 sześciolatków i już po rekrutacji powstają klasy, których wcześniej nie planowano. Rozumiem zdenerwowanie rodzica, który miał obiecany pewien standard edukacyjny, z którego potem władze dzielnicy się wycofały. Mam wrażenie, że zabrakło dialogu z obywatelem. Jeśli rzeczywiście obiecywano, a potem się wycofano, to niedopuszczalne.