http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lekarze do pacjentów: już my was wychowamy!

akar
2011-06-05, ostatnia aktualizacja 2011-06-05 21:50

Lekarze w szpitalnych izbach przyjęć odmawiają pacjentom wystawiania L-4. Dlaczego? Z wypowiedzi prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że tą obstrukcją medycy walczą ze źle zorganizowanym systemem ochrony zdrowia. Kłopoty pacjentów się nie liczą

Lekarz
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Lekarz
"Metro" walczy z absurdami życia codziennego. Od kilku dni opisujemy problemy pacjentów, którym lekarze z izb przyjęć bez podawania przyczyny, odmawiają zwolnień lekarskich. Rodzice chorych dzieci i dorośli pacjenci zostają na lodzie - z nieusprawiedliwioną nieobecnością w pracy. O wyjaśnienie tej niechęci do L-4 pytamy prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej

O dobrych lekarzach i złym systemie

Dr Maciej Hamankiewicz, prezes NRL
- Główny problem polega na dezorganizacji systemu ochrony zdrowia. Izby przyjęć pełnią inną rolę niż ta, do której zostały stworzone. Jak sama nazwa wskazuje, lekarz udziela pierwszej pomocy medycznej pacjentowi i decyduje: powinien być przyjęty do szpitala czy też nie. Tymczasem lekarze z izby przejęli rolę lekarzy rodzinnych, chociaż powinni zajmować się tylko najciężej chorymi.

Obowiązków na izbie przyjęć jest tak dużo, że te dodatkowe związane z wypisaniem druku L-4 wydłużyłyby jeszcze i tak długie kolejki. A przecież dostęp do pomocy dla najbardziej potrzebujących i tak jest już drastycznie ograniczony.

Kolejną przyczyną jest to, że lekarz na izbie przyjęć udziela doraźnej pomocy, a jeśli nie ma konieczności przyjęcia do szpitala, zleca kontynuację leczenia lekarzowi rodzinnemu. Wystawienie zwolnienia choremu w wielu przypadkach kończy się tym, że pacjent sam leczy się w domu i nie konsultuje się z lekarzem rodzinnym.

Podobnie ze szpitalnymi oddziałami ratunkowymi. Zamieniły się w wielkie poradnie lekarzy rodzinnych. A lekarze na SOR-ach są po to, by ratować ludzkie życie, dlatego wypisywanie druków ZUS nie jest ich priorytetem.

Oczywiście są przypadki, gdy lekarz z izby czy SOR ma obowiązek wypisać zwolnienie i do nich odnoszą się przepisy. W pierwszym - gdy jego konsultacja wyczerpała potrzebę dalszego leczenia i pacjent nie musi pozostawać pod opieką lekarza rodzinnego. Podobnie na SOR-ach, z tym, że tu pacjent musi poczekać, aż lekarz udzieli pomocy we wszystkich pilnych przypadkach. Nie ma wątpliwości także co do tego, że zwolnienie należy wystawić także rodzicowi, który potrzebuje zaświadczenia o opiece nad dzieckiem.

Te zasady powtórzę naszemu środowisku w najbliższym komunikacie "Gazety Lekarskiej". W innych przypadkach pacjenci nie powinni mieć jednak do nas pretensji, ponieważ staramy się w ten sposób dostosować do źle zorganizowanego systemu ochrony zdrowia.

Lekarze walczą. Z systemem czy z pacjentami?

Komentarz "Metra" Prezes NRL ma rację, że system ochrony zdrowia jest w Polsce wypaczony. Lekarze rodzinni - jego podstawa - nie cieszą się autorytetem wśród pacjentów. Postrzegani jako lekarze od wszystkiego, w trudniejszych przypadkach często okazują się bezradni. Poza tym dostanie się do nich w dużych miastach graniczy z cudem (zapisywać trzeba się z nawet tygodniowym wyprzedzeniem).

Nie zgadzam się jednak z metodą naprawy tego systemu, jaką wybrali lekarze. Słowa prezesa NRL rozumiem w ten sposób, że w efekcie odmowy wystawiania zwolnień pacjenci nauczą się, że z byle przypadkami nie przychodzi się na izbę przyjęć, tylko do lekarza rodzinnego albo nocnej pomocy lekarskiej. Tyle że to nie pacjenci winni są temu, że system działa źle. Dlatego nie od wychowywania pacjentów trzeba zacząć. Chory z bólem brzucha nie jedzie na SOR dlatego, że ma taką fanaberię, ale dlatego, że ma poczucie, że to jedyne miejsce, gdzie ktoś mu pomoże. Karanie za tę desperację jest nieetyczne. Pretensje trzeba mieć do resortu zdrowia i NFZ, że marnie organizują system.

Minister zdrowia Ewa Kopacz chwali się, że doprowadziła do uchwalenia nowoczesnej ustawy o prawach pacjentach. Co ma z tego pacjent? Lekarz mówi: nie wystawię zwolnienia. Rzecznik praw pacjenta ripostuje: to bezprawne. Ale jego interwencja sprowadza się do tego, że lekarz zostanie pouczony przez przełożonego. A zwolnienia jak nie było, tak nie ma.
Anita Karwowska

Z listów do "Metra"

Szpital odesłał do przychodni, przychodnia do szpitala
9 maja w środku nocy męża obudził silny ból w boku. Mąż wił się i jęczał. Pojechaliśmy do Szpitala Bródnowskiego w Warszawie. Ale dyżurujący lekarz na prośbę pielęgniarki, by zajął się moim mężem, odpowiedział, że już jest po godz. 5, a że to wszystko potrwa dłużej niż godzinę (o 6 następuje zmiana personelu), niech poprosi inną panią doktor.

Po kroplówkach, zbadaniu krwi i moczu oraz USG po godz. 10.30 zostaliśmy odesłani do domu z diagnozą kolki nerkowej. Mąż upomniał się o zwolnienie na ten dzień - po takiej nocy ciężko spełniać się zawodowo. Pani doktor odesłała nas do przychodni do naszego lekarza rodzinnego.

Wróciliśmy na Tarchomin, odczekaliśmy dwie godziny w przychodni i usłyszeliśmy, że lekarz rodzinny nie jest właściwy do wystawienia L-4, bo to nie on udzielał pomocy. Z rozporządzenia ministra zdrowia z 22 lipca 2005 r. w sprawie orzekania o czasowej niezdolności do pracy (Dz. U. nr 145, poz. 1219). wynika, że orzeczenie "następuje wyłącznie po przeprowadzeniu bezpośredniego badania stanu zdrowia ubezpieczonego lub chorego członka rodziny". Tak więc to lekarz, który miał pierwszy kontakt z pacjentem i udzielał mu pomocy powinien wystawić zwolnienie.

Po wielu próbach dodzwoniłam się do lekarza na bródnowskim SOR-e, mówiąc, że przychodnia odesłała mnie do niego. Pani doktor odpowiedziała, że oni zwolnień nie wystawiają, nie mają nawet formularzy.

Próbowałam zadzwonić na infolinię warszawskiego NFZ, ale nikt nie odebrał. Dodzwoniłam się za to do Rzecznika Praw Pacjentów. Miła pani przyjęła interwencję, ale nie bardzo miała jak nam pomóc. Zaproponowała, byśmy pojechali do dyrektora szpitala i pogadali.

Nie pojechaliśmy - nie mieliśmy już siły prosić się o coś, co nam się należy jak psu micha. W pracy obydwoje wzięliśmy urlop na żądanie. Czuję niesmak i bezradność, bo jako matka rocznego dziecka, boję się, że będę musiała brać urlop (o ironio!) wypoczynkowy, bo nikt nie będzie kompetentny. A gdy już nie będę miała wolnego w zapasie? Wtedy urlop bezpłatny?
Anna

Skąd brać te urlopy?
Ja i mąż pracujemy i wychowujemy trójkę dzieci w Warszawie. Od kilku lat brakuje mi urlopu na załatanie wszystkich spraw związanych z opieką nad dziećmi, co roku jestem na minusie (obecnie zostało mi do końca roku tylko 12 dni).

W szkole ciągle jakieś wolne: przerwy świąteczne (zawsze dłuższe niż u pracujących rodziców), ferie, jeśli święto wypada w czwartek, to w piątek już lekcji nie ma, 2 maja - wolne, rok szkolny kończy się już 20 czerwca, czyli dodatkowy tydzień do zagospodarowania. Zapewnienie dzieciom opieki w dniach dla nich wolnych w trakcie roku szkolnego to mocne nadszarpnięcie przysługującego mi urlopu.

Limit chorobowy na dzieci to 60 dni w roku bez względu na liczbę dzieci. Był taki rok, gdy z ołówkiem w ręku musiałam wszystko kontrolować i modlić się, aby już nic w grudniu się nie wydarzyło. Gdy najmłodszy syn rozbił głowę i trzeba było założyć szwy, zwolnienia nie dostałam - lekarz nie widział problemu, żeby dziecko do szkoły poszło.

Proszę porównać sytuację rodziców z jednym i z kilkorgiem dzieci!
Pracująca Matka Polka



Źródło: Dziennik Metro
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Lekarze do pacjentów: już my was wychowamy! saabena 06.06.11, 18:31

    Zapraszam panią redaktor na SOR szpitala Zeromskiego w Krakowie - serdecznie zapraszam. Proszę wziąć ze sobą krzesełko składane, bo ostatnio miejsc siedzących dla klientów brakuje nawet na »