http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie zaklaskali Łukaszenki

Agnieszka Lichnerowicz, TOK FM dla "Metra"
2011-07-03, ostatnia aktualizacja 2011-07-03 21:06

Białorusini są już milionerami, ale na coraz mniej ich stać. Trwa największy kryzys za rządów Aleksandra Łukaszenki. Opozycja apeluje o wyrażanie niezadowolenia m.in. klaskaniem podczas oficjalnych uroczystości. Wczoraj się nie udało: reżim pozwolił klaskać tylko weteranom wojennym

Aleksandr Łukaszenka i jego syn Kola przyjmują paradę z okazji Dnia Niepodległości. Opozycji nie udało się zorganizować protestów podczas obchodów
Fot. Nikolai Petrov AP
Aleksandr Łukaszenka i jego syn Kola przyjmują paradę z okazji Dnia...
Wczoraj Łukaszenka zafundował rodakom wielką fetę z okazji Dnia Niepodległości - rocznicę wkroczenia Armii Czerwonej w 1944 r. To święto reżimowe, bo opozycja świętuje niepodległość 25 marca (w rocznicę powstania pierwszej niepodległej Białorusi).

Wczoraj prospektem Maszerowa defilowali dumni żołnierze, przejechały czołgi i wozy bojowe, a niebo przecięły śmigłowce i samoloty.

Młodzi przez internet zapowiadali akcję "Lu, odejdź!". Wzywali, by podchodzić jak najbliżej mównicy i gdy Łukaszenka zacznie mówić - zacząć klaskać. Reżim jednak ostrzegał, że klaskać mogą tylko weterani i żołnierze.

Z protestu nic nie wyszło, bo większość osób wyglądających na negatywnie nastawione do rządów Łukaszenki (np. mężczyzn z kolczykami w uszach) zawczasu usunięto z placu - nie wiadomo ilu z nich trafiło do więzienia. Nieliczni, którzy zostali bali się klaskać. Na wczorajszy wieczór opozycja zapowiadała kolejne próby zaklaskania reżimu, ale do chwili zamykania tego wydania "Metra" nie było wiadomo, czy się powiodły.

Po raz trzeci już zatrzymano Igora Bancera, przyjaciela Andrzeja Poczobuta dziennikarza "Gazety Wyborczej", aresztowanego przez trzema miesiącami.

Nie tylko w Mińsku klaszczą

Ludzie zaczęli wychodzić już nie tylko w Mińsku, ale i w innych zakątkach Białorusi - "rewolucja przez sieci społecznościowe" wybuchła w ponad 30 miastach. Protestowało kilka tysięcy osób. Głównie młodych. Zwołują się przez internet i co środę o godz. 19 przychodzą na główne place miast.

- Nic złego nie robimy, prawa nie łamiemy - podkreśla Irina. Ktoś przyjechał na deskorolce, ktoś przyprowadził dzieci. W Homlu, gdy milicja zaczęła się czepiać, utworzyli kolejkę i udawali, ze chcą kupić popularny tutaj napój, kwas chlebowy. Najczęściej jednak ludzie po prostu stoją albo maszerują - bez transparentów, czy sloganów. Tylko klaszczą. - Milicja nie może nas przecież zatrzymać za spacerowanie i klaskanie? - pyta retorycznie Oksana.

Okazuje się, że może. W środę zatrzymała 250 osób (tydzień wcześniej - 450). W Grodnie dwa tygodnie temu do więźniarki wciągnęli chłopaka z rowerem. W Mińsku funkcjonariusze wyglądali jak bandziory: skórzane kurtki, dresy, krótko przystrzyżone włosy. Bez przedstawiania się, co chwilę wyciągali kogoś z tłumu i wpychali do zaparkowanych przy drodze nieoznakowanych autobusów.

Po ostatniej akcji zarzuty otrzymała prawie połowa zatrzymanych. Niektórych posadzono na kilkanaście dni. W Saligorsku skazano całą rodzinę: ojca, matkę i dwóch synów. W Bierezouce zatrzymali wszystkich, czyli ok. 30 uczestników demonstracji. Kazali im iść pieszo na posterunek, bo nie zabrakło miejsc w milicyjnych samochodach.

Wszystko drogie, tylko wódka tania

- Gdyby nie kryzys - nie wyszłoby aż tak wielu - przyznaje 30-kilkuletni Dima. Kryzys widać w każdym sklepie i na każdym bazarze. Po majowej dewaluacji rubla - sprowadzane z Polski, czy Rosji towary podrożały dwukrotnie. Mało kogo stać na truskawki, czy jabłka, które na największym mińskim bazarze kosztują nawet równowartość 9 zł za kg. W modnej grodzieńskiej restauracji nie podają już nawet pieczarek, bo są za drogie.

Nabiał i czynsze podrożały najmniej, a cena wódka się nie zmieniła.

Reżim twierdzi, że Białorusini zarabiają średnio półtora miliona białoruskich rubli (ok. 1 200 zł). Statystyka statystyką, a większość osób wyrywkowo zapytanych na grodzieńskich bazarach - dostaje połowę tej sumy. - No i co teraz zrobicie? - pytam. Najczęściej odpowiadają wzruszeniem ramionami. - To społeczeństwo nie jest zbyt roszczeniowe. Wielu ludzi nawiązuje do II wojny światowej. Jeżeli jest lepiej niż wtedy, to już dobrze - tłumaczy ambasador RP Leszek Szerepka.

Kto wierzy Łukaszence?

Na zastraszonej przez dyktatora Białorusi trudno o rzetelne badania opinii publicznej. Trudno więc ocenić, jak bardzo ludzie wierzą Łukaszence, że winni kryzysu są: spekulanci, dziennikarze, internet, Zachód, a nawet sami Białorusini, którzy wpadli w panikę.

Pewne jest, że ludzie boją się mówić. Bo dzieci studiują na uniwersytetach. Bo mąż jest dyrektorem. Bo można dostać grzywnę wysokości miesięcznych dochodów, a tu trzeba dzieci wykarmić. Ale - jak wynika z sondażu niezależnego zarejestrowanego na Litwie ośrodka NISEPI - odsetek tych, którzy by na niego zagłosowali spadł z 53 proc. w grudniu do 30 proc.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl

Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy