James to obecnie jeden z dwóch najlepszych koszykarzy świata. Na jego pojedynki z Kobe Bryantem z Los Angeles Lakers zęby ostrzyli sobie fani koszykówki z całego świata. Ale z Bryantem o tytuł mistrza jednej z najpotężniejszych lig w całym zawodowym sporcie powalczy nie James, a Marcin Gortat.
Faworytem wielkiego finału, który rozpocznie się w czwartek, będą Lakers, którzy mieli lepszy bilans w sezonie zasadniczym i dlatego ewentualny siódmy mecz finału (gra się do czterech zwycięstw) zagrają we własnej hali.
Ale dla Magic to nic nowego. Atut własnego boiska mieli przecież obaj ostatni rywale zespołu Stana Van Gundy'ego: Cavs, a wcześniej broniący mistrzowskiego tytułu Boston Celtics. Z Celtami zespół z Florydy wygrał ten decydujący, wyjazdowy bój różnicą aż 19 punktów. Z Cavaliers sprawę załatwił szybciej, odprawiając ekipę, która wcześniej pobiła po 4:0 Atlantę i Detroit, w stosunku 4:2.
W wygranym przez Orlando 103:90 meczu błyszczał Dwight Howard. Najlepszy środkowy świata zdobył 40 punktów, dodał do nich 14 zbiórek. Gortat zmieniał "Supermana" rzadko. W sumie spędził na parkiecie tylko sześć minut i 33 sekundy. Punktów nie zdobył, ale wyróżniał się w obronie, zaliczając trzy defensywne zbiórki. W finale na pewno zagra, bo w drodze do niego udowodnił, że jest drużynie potrzebny. Dotąd wystąpił w każdym z 19 spotkań play-off. Jego statystyki to 3,3 punktu i 3,3 zbiórki na mecz. Polak trafił aż 27 z 37 rzutów z gry i osiem z dwunastu wolnych. Zaliczył też 10 bloków i trzy asysty.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl