>>
Hotel dla psa i kota na wakacje
Przed wyjazdem na mistrzostwa Europy nie ogłaszała pani, że jedzie po złoto. Nie było takiego celu?
- Był, ale kiedy do startu pozostały dwa tygodnie, czułam się źle. Myślałam, że nie jestem w formie i nic z tego nie będzie. Wcześniej oczywiście celowałam w złoto.
No, i jednak pani wcelowała. Ciężko było?
- Muszę przyznać, że to był jeden z najcięższych wyścigów w mojej karierze. Przez jego większość razem jechała bardzo duża grupa zawodniczek. Niezwykle trudno było się oderwać. Ja próbowałam od początku. Kiedy ze startu mocniej ruszyła Margarita Fullana [trzykrotna mistrzyni świata z Hiszpanii], pojechałam za nią. Zmieniałyśmy się na prowadzeniu, ale rywalki cały czas były blisko. Za nami ciągle czaiło się około dziesięciu zawodniczek. W pewnym momencie dojechała do nas Ania Szafraniec i we trójkę udało się nam zrobić małą przewagę. Ale zaraz dogoniły nas Irina Kalentiewa [Rosjanka, brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w Pekinie], Sabine Spitz [Niemka, mistrzyni olimpijska z Pekinu], Ewa Lechner [czołowa zawodniczka peletonu z Włoch], a tuż za nami były dwie Szwajcarki. Było bardzo nerwowo. Bodajże na trzy rundy przed końcem udało się nam oderwać w czwórkę. To byłam ja, Ania Szafraniec i moje towarzyszki z olimpijskiego podium.
Ania dojechała na metę czwarta, ale pani wielkim rywalkom z Niemiec i Rosji uciekła popisowo.
- Najpierw zaatakowała Ania, później Sabine, ale żadna nie dała rady odjechać. Na końcówce przedostatniej rundy wykorzystałam moment podjazdu z dużym błotem. Udało mi się to błoto umiejętnie objechać, a dziewczyny miały problemy. Wtedy osiągnęłam małą przewagę i wiedziałam, że trzeba przycisnąć mocniej, żeby się oderwać. Tę szansę wykorzystałam.
Z małej przewagi na mecie zrobiło się aż 18 sekund zapasu nad Rosjanką i 38 sekund nad Niemką.
- Zaraz po tym podjeździe udało mi się uzyskać przewagę 20-30 sekund. Utrzymałam ją do końca, bo wiedziałam, że do samej mety nie mogę sobie odpuścić. Taka przewaga to może dużo jak na jedną rundę, ale w warunkach, w jakich jechałyśmy, to naprawdę mało. Wystarczy raz się wywrócić i już się wszystko traci. Warunki nas nie rozpieszczały. Całą noc padał deszcz, padało też podczas wyścigu. Błoto było straszne, a przez to niby prosta trasa stała się ciężka technicznie. Ja sama dwa razy upadłam, z czego raz tak dosyć porządnie. Na szczęście nic poważnego mi się nie stało, pozbierałam się i szybko z powrotem doskoczyłam do czołówki.
Pomijając stłuczenia, chyba może pani być szczęśliwa? Na swojej stronie internetowej przed wyścigiem pisała pani, że deszcz utrudni trasę, więc będzie dobry. I był.
- Generalnie wolę słoneczną pogodę (śmiech). A to dlatego, że jak jest się silnym, to jest się wtedy pewnym, że się dobrze pojedzie. Natomiast w deszczu nawet w dobrej formie trzeba mieć mnóstwo szczęścia. Napisałam tak, ponieważ w każdej sytuacji trzeba widzieć dobre strony. Tylko w ten sposób warto patrzeć na życie i na ściganie. Jeśli koncentrujemy się na dobrych stronach, jeśli na nie nastawimy się psychicznie, wtedy na pewno będzie dobrze.
Ten złoty medal to pani osiągnięcie numer dwa? Bo chyba olimpijskie srebro jest jednak ważniejsze?
- Złoto smakuje świetnie - to pewne. Ale tak na gorąco nie umiem zrobić swojej klasyfikacji. Choć na pewno srebro igrzysk jest najważniejsze. Na drugim miejscu są chyba dwa srebrne medale z mistrzostw świata, z 2004 i 2005 roku, kiedy przegrywałam tylko z Gunn Ritą-Dahle, a Norweżka była wtedy poza zasięgiem wszystkich. To złoto bardzo cieszy, bo jest przełomowe. Do tej pory w olimpijskich konkurencjach miałam tylko srebrne medale. Złoto zdobyłam jedynie na mistrzostwach Europy juniorek, a na mistrzostwach świata - w maratonie, którego w programie igrzysk nie ma.
Po srebrnej serii będzie złota?
- Bardzo życzę tego sobie i kibicom. Czuję, że jestem na dobrej drodze. Wreszcie wygrałam ze wszystkimi rywalkami ze światowej czołówki. No, i fajnie jest spojrzeć na podium mistrzostw Europy. Na pierwszy rzut oka jest ono takie samo, jak w Pekinie. Ale tak naprawdę konfiguracja na nim zmieniła się z dużą korzyścią dla nas (śmiech).
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl