Ma pan za sobą dwa zgrupowania. Jak idą przygotowania do sezonu olimpijskiego?
- Podobnie jak w ubiegłych latach: wszystko idzie zgodnie z planem. Nie ma żadnych nowinek, eksperymentów, trzymamy się sprawdzonego systemu.
Przed poprzednim sezonem przebiegł pan na nartorolkach i nartach aż 6,5 tysiąca kilometrów. System zakłada, że i teraz się pan tak umęczy?
- To wcale nie jest dużo, te 6-6,5 tys. kilometrów to norma, którą po prostu trzeba będzie wyrobić. Bywały sezony, przed którymi biegało się więcej.
Ponoć do normy wraca pańskie strzelanie. Jak to wychodziło na strzelnicach w Ramsau i Otepää?
- Strzelam regularnie, choć zajęcia na obu zgrupowaniach były różne. W Estonii zaczęliśmy już treningi kompleksowe, takie odwzorowujące zawody.
Czyli strzelał pan przy dużym zmęczeniu, z wysokim tętnem?
- Zgadza się. Biegałem określoną pętlę długości od 2,5 do 5 kilometrów i dopiero potem strzelałem.
W Otepää robił pan jeszcze mnóstwo innych rzeczy. Na przykład imitacje. Co to takiego?
- To jest bardzo ciężki trening. Zazwyczaj robi się go na pętli. Wygląda to tak, że większość trasy pokonuje się normalnym biegiem, ale wszystkie podbiegi skacze się z kijkami, imitując krok klasyczny w narciarstwie biegowym.
A do czego służą tajemnicze trenażery, które trener Roman Bondaruk wozi ze sobą na obozy?
- To urządzenia imitujące pracę rąk. Można z nich korzystać właściwie wszędzie. Ustawia się różne obciążenia, ćwiczy się ręce a przy okazji także cały tułów.
Zmęczyło pana estońskie zgrupowanie?
- Nawet bardzo. Codziennie do wykonania była ciężka praca. Na szczęście zlitowało się nade mną słońce i prażyło tylko przez pierwsze trzy dni. W temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza biega mi się ciężko, bo odkąd pamiętam, nie lubię upałów.
A mimo to zimą marzył pan o wakacjach w ciepłych krajach. Dokąd w końcu się pan wybrał?
- Razem z rodziną pojechaliśmy do Egiptu. I nie żałuję. Może dlatego, że trafiliśmy akurat na taki tydzień, w którym upałów nie było (śmiech). A mówiąc poważnie, choć mój urlop trwał tylko tydzień, udało mi się zrelaksować.
I pozwiedzać?
- Zaskoczę pana - piramid nie widziałem. Było zdecydowanie więcej leżenia niż zwiedzania. Także dlatego, że mieliśmy trochę kłopotów ze zdrowiem syna.
A może pan nurkował?
- Nie, nie, żadnego nurkowania. Chciałem po prostu wypocząć. I fizycznie, i psychicznie. Nie nastawiałem się ani na wycieczki, ani na fizyczne ekstrawagancje.
Leżąc na plaży, wspominał pan poprzedni sezon? - Tylko jego najlepsze chwile. Na przykład wygrany bieg w Östersund. To była rywalizacja, która do końca trzymała w napięciu. Wielu ludzi mówiło, że z Ole Einarem Bjoerndalenem i Emilem Hegle Svendsenem stworzyliśmy jeden z najbardziej emocjonujących wyścigów w ostatnich latach.
Warto byłoby powtórzyć coś takiego w lutym w Vancouver. - Chcę się przygotować do igrzysk najlepiej, jak potrafię. Jeśli będę w formie, będzie szansa na dobre miejsce.
Wkrótce jedzie pan na olimpijskie trasy. - Zgadza się. Po powrocie z Otepää mamy kilka dni wolnych, później jedziemy na zgrupowanie do włoskiej Anterselvy, a potem planujemy wyjazd do Kanady. To będzie taki przedolimpijski rekonesans. Trasy widzieliśmy już w zimie. Chcemy przede wszystkim jeszcze raz sprawdzić, na ile przed startami musimy być na miejscu, przekonać się, jak się aklimatyzujemy, dograć wszystko w stu procentach, żeby w czasie igrzysk nie było żadnych niedociągnięć.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl
Źródło: Dziennik Metro