Z Pawłem Zagumnym rozmawia Łukasz Jachimiak W ciągu kilkunastu dni rozegraliście w Turcji osiem trudnych spotkań. Wygraliście wszystkie i zdobyliście złoty medal mistrzostw Europy. W nagrodę nie macie czasu na odpoczynek...
- Ale się nie skarżymy. To prawda, że po niedzielnym finale nie spaliśmy aż do nocy z poniedziałku na wtorek, że te pierwsze dni po powrocie do kraju zaplanowano nam co do sekundy. Odpoczynek na pewno by się przydał, ale uczestniczyć w takich spotkaniach, jak to z kibicami, sponsorami czy premierem, to sama przyjemność.
Każdy podkreśla, że wasze mistrzostwo jest niespodzianką, bo w kadrze zabrakło kontuzjowanych Sebastiana Świderskiego, Michała Winiarskiego i Mariusza Wlazłego.
- Wygraliśmy mistrzostwo Europy, trzeba więc powiedzieć, że wszystko było OK. I nikogo nie brakowało. Ale jeśli ci trzej zawodnicy dołączą do kadry na przyszłoroczne mistrzostwa świata, to będziemy jeszcze mocniejsi. Teraz cieszymy się z tego, że dziury w drużynie zostały załatane. Do kadry dołączyło kilku nowych, którzy szybko udowodnili, jak wiele dobrego mogą dać polskiej siatkówce.
Pan znalazł z nimi wspólny język błyskawicznie. Wasze akcje, choćby z Bartkiem Kurkiem, wyglądały tak, jakbyście ćwiczyli je latami.
- To było proste, bo każdy z tych nowych chłopaków zna się na siatkówce i się jej oddaje. A z takimi ludźmi gra mi się bardzo dobrze.
Był jakiś szczególny moment podczas tych mistrzostw, jakiś przełomowy mecz?
- Zwycięstwo z Hiszpanią. Było bardzo ciężko, mistrzostwie Europy do końca walczyli o wygraną, ale to my byliśmy górą, co otworzyło nam drogę do gry o medal. Zdajemy sobie sprawę, że czasem w tej drodze graliśmy niezbyt ładnie, ale to nieważne. Przecież uprawiamy siatkówkę, a nie łyżwiarstwo figurowe. Dla nas liczy się tylko jedno - żeby zawsze mieć trójkę z przodu.
W którym momencie finału uwierzyliście w tę trójkę?
- Dopiero po ostatniej piłce. Wcześniej o mistrzostwie nie myśleliśmy.
Co pan wtedy pomyślał?
- Że spełniło się moje marzenie.
Na dekorację wyszedł pan w koszulce Sebastiana Świderskiego.
- Dla przyjaciela, z którym kilka lat mieszkałem w jednym pokoju. Chociaż tyle mogłem zrobić.
Prezes PKOl Piotr Nurowski wystąpił do kapituły nagrody Fair Play o wyróżnienie dla pana za ten gest.
- Nie wiem, czy to, co zrobiłem, zasługuje aż na taką nagrodę.
Wielkie rzeczy, które zrobiliście, ocenia pan z podobnym chłodem, jak różne sytuacje na boisku. "Guma" nie pozwala sobie na wielką radość?
- Może to tak wygląda, ale o żadnym chłodnym oku nie ma mowy. Cieszę się bardzo, że wiele lat wyrzeczeń, poświęceń dla siatkówki, dało nam wreszcie zwycięstwo. Nie przyszło nam to łatwo, a jeszcze ciężej będzie ten wynik powtórzyć, ale potencjał nasza drużyna ma wielki. I to mówię już bez zbędnych emocji.
Masz temat dla reportera? Pisz:
metro@agora.pl