>>
Jamniki mają swoją paradę
61-letni Smuda "od zawsze" był kandydatem na selekcjonera. Mówiło się, że w 1997 roku przejmie schedę po Antonim Piechniczku, potem miał być następcą Janusza Wójcika i Pawła Janasa. Teraz miałby zastąpić Beenhakkera. Skąd taka popularność "Franza"? Odpowiedzią są jego sukcesy. Trzy razy prowadzone przez niego drużyny zdobyły mistrzostwo Polski (dwa tytuły wywalczył Widzew Łódź, jeden Wisła Kraków), z Widzewem awansował do Ligi Mistrzów, a z Lechem Poznań osiągnął 1/16 Pucharu UEFA i wygrał Puchar Polski.
- Smuda odnosi sukcesy, bo ma charyzmę - wspomina eks-widzewiak Marek Citko. - Nadaje z drużyną na tych samych falach, potrafi stworzyć dobrą atmosferę. U niego nie ma niejasności. Zawsze wiedziałem, czego ode mnie oczekuje - dodaje. Piłkarz wspomina, że "Franz" zawsze słuchał zawodników. - Jeśli byliśmy przemęczeni, brał to pod uwagę. Nasze relacje opierały się na wzajemnym zaufaniu. Po meczu szliśmy na jedno czy dwa piwa i nie było z tym problemów. On wiedział, że może nam na to pozwolić. Gdy się zyskało jego zaufanie, to dawał swobodę grania. A wszelkie niepowodzenia brał na siebie. Nie krytykował w prasie. Nic nie wychodziło poza szatnię - opowiada.
W szatni ze Smudą bywa i ostro, i zabawnie. - Jasne, że potrafi komuś dopieprzyć, ale i pogłaskać, gdy trzeba, podpuścić piłkarzy, żeby było trochę śmiechu - mówi Citko. Zdaniem byłego reprezentanta Polski "Franz" ma po prostu ludzkie podejście do gry w piłkę. - Nie ma, jak inni trenerzy jedenastu laptopów, nie siedzi się u niego dwie godziny na odprawie i słucha tych samych schematów. Wykresy i zestawienia zamienia na radość z gry - twierdzi Citko.
- Zawodnicy lubią z nim współpracować - wtóruje Citce Tomasz Frankowski, który ze Smudą w Wiśle zdobył mistrzostwo Polski. - Szybko dociera do głów, czego przykładem jest teraz Zagłębie Lubin - dodaje. W pierwszym meczu pod wodzą Smudy "Miedziowi" przerwali złą passę pięciu kolejnych porażek, wygrywając 1:0 na wyjeździe z Polonią Warszawa. Podobnie było, gdy dziesięć lat temu objął Legię Warszawa. - Jest naprawdę niezły. Pamiętam, że pierwszy mecz pod jego wodzą wygraliśmy z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski 5:0 i do końca rundy jesiennej graliśmy kapitalnie - mówi były kapitan "Wojskowych", Sylwester Czereszewski. Z Legią Smuda nie odniósł jednak żadnego sukcesu. - Wielu ludzi mu to wypomina. Nie wiem, czemu tak się stało, ale to nie przypadek. W rundzie wiosennej już była inna, gorsza Legia. To samo stało się z Lechem Poznań w zeszłym sezonie. Pewniak do mistrzostwa wiosną miał problemy ze zwycięstwami - mówi "Czereś".
Mimo to uważa, że z polskich trenerów właśnie Smuda najbardziej nadaje się na selekcjonera. - Mówi się o Stefanie Majewskim, o Janasie, ale Smuda jest lepszy.
- Mógłby z kadrą osiągnąć sukces, a reprezentacja nabrałaby kolorytu i mecze nie byłyby nudne - potwierdza Frankowski. - To świetny kandydat. Gdyby został selekcjonerem, na pewno nie musielibyśmy się wstydzić naszej gry - dodaje Citko.
Co jeszcze oznaczałoby objęcie przez Smudę reprezentacji? - Pewnie Polakiem zostałby jego pupil z Lecha, a wcześniej Zagłębia, Manuel Arboleda - śmieje się Czereszewski. - Piłkarze będą musieli się przyzwyczaić do jego specyficznego języka, pełnego niemieckich naleciałości - żartuje Citko. - Pamiętam, jak na jednym z treningów powiedział nam: macie grać kompletny futbol, jak alfabet od A do Ü. Ü jest zdaje się ostatnią literą alfabetu niemieckiego - żartuje Frankowski. Czereszewski dodaje jeszcze, że na pewno przyniósłby reprezentacji trochę szczęścia. - W piłce trzeba mieć trochę farta, a Smuda to szczęściarz, przeważnie wygrywa w końcówkach - tłumaczy.
Czy "Franz" tak, jak przeinacza alfabet i słowa, przeobrazi polską kadrę, nada jej kolorytu i przyniesie trochę szczęścia? - Trzeba dać mu szansę. Należy mu się ta reprezentacja jak nikomu innemu. To najlepszy trener, z jakim pracowałem. Ma osobowość do "wielkiej piłki" - apeluje do działaczy PZPN-u Marek Citko.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl