http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Maja twardsza niż skała

Łukasz Jachimiak
2009-09-20, ostatnia aktualizacja 2009-09-20 16:36

Nieco ponad dwa tygodnie temu, na treningu przed mistrzostwami świata w kolarstwie górskim, Maja Włoszczowska upadła, uderzając twarzą o skałę. Nasza wicemistrzyni olimpijska trafiła do szpitala z podejrzeniem złamania szczęki i wstrząsu mózgu. Wczoraj w Estonii jeszcze ze szwami po operacji Maja pomknęła po srebrny medal mistrzostw Europy w maratonie

ZOBACZ TAKŻE
Z Mają Włoszczowską rozmawia Łukasz Jachimiak

Jak to możliwe, że w kilkanaście dni od tak strasznego wypadku zdołała pani zdobyć medal mistrzostw Europy?

- Wynik jak wynik, najbardziej cieszy mnie to, że tak szybko wsiadłam na rower i przejechałam tę trasę. Nie ukrywam, że po wypadku w Australii forma spadła mi do poziomu, na jakim była chyba w lutym. Właśnie dlatego bardzo bałam się startu w Estonii.

Proszę opowiedzieć, w jaki sposób straszną historię zamieniła pani w piękną.

- Jechałyśmy 89 kilometrów, trasa była bardzo szybka, jej pokonanie zajęło nam niecałe trzy godziny. A co do historii - wszystko zakończyło się szczęśliwie, bo to w sumie była niewielka kontuzja.

Niewielka? Przecież uderzyła pani twarzą w skałę, przeszła operację pod pełną narkozą, przez kilka dni jadła wyłącznie zupki.

- No tak, szwy cały czas mam, trochę mi to wszystko jeszcze uprzykrza życie. Ale jak na upadek z wysokości 1,5 metra to naprawdę wyszłam z tego świetnie. I dziś właśnie to jest najważniejsze. Pewnie, że wolałabym mieć tęczową koszulkę mistrzyni świata niż to srebro mistrzostw Europy. Ale tak naprawdę cieszę się z tego, że jestem zdrowa i mogę dalej jeździć.

Trener Andrzej Piątek jeszcze w Australii powiedział, że mistrzostwo świata zdąży pani zdobyć. Teraz tym, którzy stawiali sobie pytanie, co dalej z Mają Włoszczowską, dała pani jasną odpowiedź.

- Na psychikę ten mój wypadek na pewno negatywnie nie wpłynął. Myślę, że z pokonywaniem zjazdów żadnego problemu nie będę miała. Przez kontuzję straciłam formę fizyczną, ale to w tej chwili nieważne. W tym roku nie ma już żadnych ważnych zawodów, a na przyszłoroczne mistrzostwa świata odpowiednią dyspozycję na pewno zdążę zbudować.

Przed maratonem mówiła pani, że chce usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego, który mieli pani zagrać w Australii. Nie pozwoliła na to była mistrzyni olimpijska i świata Gunn-Rita Dahle.

- Szczerze mówiąc, myślałam, że Gunn-Rita będzie trochę słabsza, ale widać, że wróciła do formy. Nie poszły jej mistrzostwa świata, ale tutaj od początku mówiła, że czuje się świetnie, no i tak też wyglądała. Poza tym Norweżka miała szczęście. Na starcie była ustawiona w pierwszym rzędzie, a ja w piątym. Startowałyśmy razem z mężczyznami, ciężko było mi się przebić do przodu. Ona od razu załapała się do pierwszej grupy i pojechała z kilkoma mężczyznami, dzięki czemu zyskała sporą przewagę, która w końcu była nie do odrobienia. Ale żeby było jasne - gdyby nie była mocna, nie wytrzymałaby tempa tej grupy.

O medal było pani bardzo ciężko?

- Doganiałam kolejne dziewczyny, choć od startu czułam się nienajlepiej. W końcu udało mi się dojść do czołówki, jechałam razem z Niemką, która na mistrzostwach świata w maratonie była czwarta. Troszkę mi odjechała, ale potem za to mocne tempo zapłaciła. Dogoniłam ją, jechałam z zawodniczką z Łotwy, z którą dotarłam niemal do mety. Pod koniec trasa była płaska, kompletnie nie było jak odjechać. Jechałyśmy w sporej grupie z mężczyznami, walka o medale rozstrzygnęła się na ostatnim kilometrze. Na szczęście udało mi się z nią wygrać, mimo że jej pomagali koledzy z reprezentacji.

Jak się pani czuła zaraz po wyścigu?

- Chciałam sobie wbiec na podium po schodkach, zaczęłam, ale szybko poczułam, że łapie mnie skurcz. Taki wyścig zawsze szarpie, nawet jak jest się w formie. Po maratonie dwa-trzy dni dochodzi się do siebie. Ja w tygodniu przed mistrzostwami robiłam badania krwi, po antybiotykach, które brałam, wszystkie parametry poszły mi strasznie w dół. W kolarstwie te parametry trzeba mieć dobre, bo od nich zależy, ile tlenu dostaną nasze mięśnie. Na pewno za medal zapłacę, ale wcale się tym nie przejmuję. Najważniejsza jest satysfakcja. Mam ją, bo pokazałam, że nawet kiedy czuję się gorzej, potrafię samą siebie przycisnąć i walczyć.



Źródło: Dziennik Metro
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos