To już drugi weekend z rzędu, kiedy Polakowi psują wyścig inni kierowcy. W Singapurze wysiłki Kubicy zniweczył rozbity bolid Rubensa Barrichello. Teraz było jeszcze gorzej: - Nie byłem w stanie dokończyć żadnego z pięciu szybkich okrążeń - mówił po sobotniej sesji kwalifikacyjnej, którą zakończył na 13. miejscu właśnie przez kraksy. Na szczęście sędziowie ukarali aż pięciu kierowców za zignorowanie żółtej flagi na torze (oznaczającej wypadek). Kubica wystartował z dziewiątej lokaty.
Jechał dobrze, mimo zatankowanego jak cysterna bolidu. Do czasu aż Nick Heidfeld wytoczył się z pit-lane tuż przed nim. Choć był wolniejszy, nie dawał się wyprzedzić. Pod koniec wyścigu Polak jeszcze ostro zaatakował lidera mistrzostw Jensona Buttona. Zabrakło niewiele, ale punkt zabrał Brytyjczyk.
Z tytułu jeszcze się nie cieszył, bo na Suzuce wygrał Sebastian Vettel. Niemiec prowadził niezagrożony od startu do mety. I wciąż ma szanse na mistrzostwo. W Japonii wyprzedził Jarno Trullego z Toyoty i Lewisa Hamiltona z McLarena.
Ciekawsze rzeczy działy się już po wyścigu. John Howett, szef Toyoty, przyznał: - Najpewniej straciliśmy Kubicę. Jeszcze w piątek on i Bob Bell, nowy dyrektor Renault otwarcie przyznali się, że rywalizują o Polaka. Czyżby ten ofertę Toyoty już odrzucił? - Chcę jeździć zespole, który nie rozpadnie się w połowie sezonu - stwierdził sarkastycznie Kubica, nawiązując do rezygnującego z F1 BMW. A o Toyocie wielokrotnie mówiło się, że też może wycofać się z rywalizacji. Chociaż Renault, kolejny team przynależny do wielkiego koncernu samochodowego, a więc najbardziej narażonego na wpływy kryzysu gospodarczego, przyszłości w Formule pewien być nie może.
Teamem, który raczej "nie rozpadnie się w połowie sezonu" jest McLaren. Dlatego po wypowiedzi Kubicy pojawiły się plotki, że Polak trafi właśnie tam, gdzie byłby drugim kierowcą obok Hamiltona. Decyzja powinna zapaść w ciągu kilku dni.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl