Punktualnie o godz. 14 dwie oficjalne strony internetowe Renault F1 Team i BMW Sauber podały informację o transferze Polaka. - Good luck Robert, dziękujemy - napisał Mario Theissen, szef BMW i dodał: - On dał nam w Bahrajnie pierwsze pole-position i później w Kanadzie pierwsze zwycięstwo. Położył kamienie milowe w historii zespołu.
Historii, która się właśnie kończy wraz z rezygnacją BMW ze startów w F1. A ten, który ją współtworzył, trafił do Renault. - Jesteśmy bardzo podekscytowani, że udało nam się ściągnąć Roberta na następny sezon. To jeden z najbardziej utalentowanych kierowców swojego pokolenia - rozpływał się Bob Bell, nowy dyrektor techniczny Renault, który zastąpił na tym stanowisku wykluczonego ze świata sportu Pata Symondsa, bohatera "afery singapurskiej".
Warto zwrócić uwagę, że w komunikacie nie pojawiają się szczegóły dotyczące kontraktu. I nie chodzi tu o gażę, bo ta zawsze w F1 jest pilnie skrywaną tajemnicą, ale o jego długość. Bell mówi o "następnym sezonie". Tylko jednym?
Nie ulega wątpliwości, że Renault zwyciężać potrafi. Czy też, by być bardziej precyzyjnym, potrafiło. Kiedy wrócili do ścigania w F1 siedem lat temu bazowali na sile Benettona, niegdyś mistrzowskiego teamu konstruktorów i Michaela Schumachera (tytuł w 1994 i 1995). Ale wiele zawdzięczali również talentowi Fernando Alonso. Tytuły z 2005 r. i 2006 r. (równoznaczne z tytułami konstruktorskimi) uczyniły z Hiszpana gwiazdę F1.
Ale dziś Renault, mimo pewnej solidności, nie jest zespołem z pierwszej półki. Ba, nie wiadomo, jak długo zespołem zostanie, bowiem gwarancje kontynuacji kariery w F1 są pewne do najbliższego krachu sprzedaży lagun i megane. Team jest pokiereszowany aferą singapurską, brak Symondsa, guru techniki, może być bardziej bolesny niż charyzmatycznego Flavio Briatorego (dożywocie za ten sam skandal z wypadkiem Nelsinho Piqueta).
Kończący się sezon, trudny, pełen nowinek technicznych i regulaminowych, podczas którego trzeba było się wykazać umiejętnością szybkiej reakcji w wyścigu zbrojeń technologicznych, Renault przegrało tylko trochę mniej spektakularnie niż BMW Kubicy. A przecież miało w składzie Alonso.
Dlatego informacja o długości kontraktu Kubicy w Renault jest tak istotna. Bo ciesząc się, że Polakowi udało się pozostać w F1, trzeba pytać - co dalej? Mimo słów: "Dzielę z Renault silne pragnienie zwycięstwa i czuję się komfortowo z ich przyjacielskim nastawieniem. Jestem optymistą co do tego, że będziemy na czele stawki w przyszłym roku" trudno w to wierzyć bez reszty. Gwarancję spełnienia ambicji sportowych Kubicy mogą dać dziś dwa inne i wielkie zespoły. Ferrari i McLaren.
Mrzonka? We włoskiej stajni niepewna jest kondycja Felipe Massy, ciężko rannego podczas GP Węgier. Przemeblowuje się też McLaren - nie wiadomo dziś, kto będzie tam jeździł obok Lewisa Hamiltona. Już za rok opcji transferowych Kubica może mieć jeszcze więcej niż teraz.
Dlatego dla Polaka Renault może być miłym miejscem pracy, ale też formą przetrwalnikową, odskocznią do czegoś wielkiego.
Pytanie, kto pomoże Kubicy w obowiązkach wobec nowego pracodawcy. Wczoraj wymieniono co najmniej kilka nazwisk od Kimiego Raikkonena (stracił miejsce w Ferrari na rzecz Alonso), przez obecnego partnera Kubicy w BMW Sauber Nicka Heidfelda, a także młodego Niemca z Force India Adriana Sutila czy Timo Glocka opuszczającego Toyotę. Najpewniejszy jest jednak Heikki Kovalainen, niechciany w McLarenie. Fin wróciłby po dwóch latach do Renault. Ale to na razie tylko plotka, tak jak krótki, roczny kontrakt Kubicy.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl