>>
Jamniki mają swoją paradę Z Katarzyną Gajgał rozmawia Łukasz Jachimiak Grałyście bez Małgorzaty Glinki, Katarzyny Skowrońskiej, Doroty Świeniewicz, Anny Podolec, Mileny Rosner i... można by jeszcze wyliczać. A mimo to, zdobyłyście medal mistrzostw Europy. Dlaczego? - Głównie dzięki wielkiej motywacji i determinacji. Nie byłyśmy na tych mistrzostwach najsilniejsze. Holenderki i Włoszki, które zagrały w finale, są na dziś poza naszym zasięgiem. My mamy nowy zespół, budowany raptem od czterech miesięcy. Ale przez ten czas wiele razem przeżyłyśmy. I to czyniło nas mocniejszymi.
Wystarczył wam tydzień, by z drużyny grającej przeciętnie stać się zespołem na medal. - Wiele rzeczy miało na to wpływ. Na pewno czułyśmy, że pierwsze trzy mecze mistrzostw wyszły nam średnio. Bilans dwóch wygranych i porażki niespecjalnie nas cieszył. Postanowiłyśmy się poprawić. Dodatkowo scaliła nas choroba żony trenera Jerzego Matlaka.
Często wspominasz mecz Holenderek z Rosjankami? Od jego wyniku zależał wasz awans do półfinału. - Teraz wspomina się go świetnie, ale wtedy... To był najbardziej nerwowy dzień mistrzostw. Mecz Holandii z Rosją kosztował nas wiele zdrowia. I jesteśmy wdzięczne Holenderkom, że wygrały. Ale prawda jest taka, że później i tak wszystko zależało od nas. I mecz z Bułgarią, który musiałyśmy wygrać, kosztował nas na pewno jeszcze więcej niż oglądanie starcia Holandii z Rosją.
Z Bułgarią grało wam się najtrudniej? - Najtrudniej było z Holenderkami. W dwóch meczach urwałyśmy im tylko seta. Ta drużyna była dla nas za silna, bo nie dość, że grała jak po sznurku, to jeszcze miała kilka armat. Choć z Bułgarkami też było ciężko. One zagrały na luzie i wychodziło im wszystko. Ale my nie mogłyśmy zaprzepaścić takiej szansy. I grając z nożem na gardle, sprawdziłyśmy się.
Medal zdobyłyście po zwycięstwach nad Rosją i Niemcami. Po narodowych wojenkach, jak określiła je Anna Barańska. - Oba mecze wyszły nam świetnie. Pokonując Rosjanki, zrobiłyśmy niespodziankę. Ucieszyłyśmy mnóstwo ludzi, którzy w nas wierzyli. Bardzo fajnie było odwdzięczyć się im za budujące SMS-y i telefony, których codziennie każda z nas odbierała po kilka. Z Niemkami zagrałyśmy super, pokazując, że nie złamała nas półfinałowa porażka z Holandią. Szybko uświadomiłyśmy sobie, że mamy o co i dla kogo grać - w końcu przy takiej publiczności rosną skrzydła. Udowodniłyśmy też coś tym, którzy nas skreślili, twierdząc, że jesteśmy słabe i nic nie osiągniemy.
A wy same przez cały czas wierzyłyście w zdobycie medalu? - Ja od samego początku! Kiedy jechałam na mistrzostwa, powiedziałam Filipowi, mojemu dwuletniemu synkowi, że przywiozę medal. Cieszę się niesamowicie, że dotrzymałam słowa.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl