Z Aleksandrą Jagieło rozmawia Łukasz Jachimiak Pani była już dwukrotnie mistrzynią Europy - w 2003 i 2005 roku z reprezentacją Andrzeja Niemczyka. Ale ponoć brąz, wywalczony z zespołem Jerzego Matlaka, ceni pani wyżej. Poważnie? - Ten medal jest dla mnie wyjątkowy, i to z kilku powodów. Przede wszystkim mistrzostwa zostały rozegrane w Polsce i na pewno przejdą do historii jako najlepszy dotychczasowy turniej - organizacja była wspaniała, na meczach padały rekordy frekwencji. A my przekonałyśmy się, jak niesamowitych mamy kibiców. Z rozmów z dziewczynami wiem, że nie tylko ja miałam gęsią skórkę zawsze, kiedy publiczność śpiewała nasz hymn czy owacyjnie witała nas na prezentacji. Zobaczyłyśmy też, jak wiele znaczy pomoc tych ludzi. Doping 14 tysięcy widzów może spętać nogi nawet najbardziej doświadczonym rywalkom, jak choćby Niemkom. Dlatego medal zdobyty przed takimi kibicami cieszy niesamowicie. Poza tym, teraz byłam zawodniczką pierwszej szóstki, grałam dużo i sama czułam w kościach, ile trzeba było zrobić, by wywalczyć ten krążek. A w zdobyciu tamtych złotych medali pomogłam drużynie tylko trochę, wchodząc z ławki rezerwowych.
Ale nie czuje pani niedosytu? Złoto to jednak złoto. - Wierzymy, że to dopiero początek serii. Skoro udało nam się zdobyć medal pod nieobecność tak wielu ważnych zawodniczek, to z nimi w składzie będziemy jeszcze silniejsze. Jasne, że bardzo chciałyśmy zagrać w finale, ale Holenderki były świetne i w półfinale pokonały nas zasłużenie. Zdziwiłam się, że przegrały w finale z Włoszkami, bo według mnie reprezentacja Holandii grała na mistrzostwach najlepiej. My o porażce z nimi musiałyśmy szybko zapomnieć, zebrać się i zmobilizować w pełni na mecz o brąz.
To zapominanie porażek z Holenderkami weszło wam chyba w krew... - Trochę tak, choć ja tak naprawdę cały czas pamiętam tę pierwszą niedzielę mistrzostw i gładkie 0:3. To naprawdę nie był miły dzień. Ale musiałyśmy postarać się wymazać go z pamięci, bo przecież mistrzostwa nie kończyły się po tej porażce. Cieszę się, że do kolejnych spotkań udało nam się podejść z czystą głową i walczyć na maksa. Dzięki temu wygrałyśmy bardzo trudny mecz z Rosją, a w spotkaniu o medal nie pozwoliłyśmy Niemkom zagrać tak, jak potrafią.
Po mistrzostwach widać, że scementowały was trudne chwile. Poza słabym startem, taką był też osobisty dramat trenera. - Ktoś powiedział, że trener Matlak ma szczęście do medali, i to się potwierdziło. Wielka szkoda, że nie mógł być z nami w najważniejszych chwilach z powodu choroby żony. Kiedy dowiedziałyśmy się, że wreszcie jest z nią lepiej, bardzo nam ulżyło. Cała ta sytuacja rzeczywiście miała duży wpływ na naszą postawę.
Coś się w was zmieniło? - Wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że są rzeczy ważniejsze niż sport. Wiadomo, że siatkówka to nasza pasja, a sport to nasze życie. W Łodzi grałyśmy dla kibiców i dla siebie, ale poczułyśmy, że zdrowie i rodzina są jednak ważniejsze. Chociaż nie da się chyba tak do końca oddzielić tych rzeczy. Bo wiedziałyśmy też, że grając dobrze, pomagamy trenerowi, dajemy mu spokój - tak potrzebny, by mógł myśleć tylko o żonie.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl