Blisko pół godziny potrzebowali nasi piłkarze, by zmusić do interwencji rumuńskiego bramkarza Costela Pantilimona - w 27. minucie Ludovic Obraniak podał do Ireneusza Jelenia, a ten strzelił na bramkę gości. Bramkarz FC Timi oara nie miał problemów z tym uderzeniem. Wcześniej Pantilimon musiał nieźle wytężać wzrok, by móc obserwować, co dzieje się na boisku, bo gra toczyła się głównie na naszej połowie, gdzie Rumuni rozgrywali piłkę, a nasi co chwila się gubili.
Rumuni po błędach Dariusza Dudki i Adama Kokoszki mogli i powinni już przed przerwą zdobyć dwa gole. Prostych strat Polaków podopieczni Ravzana Lucescu nie potrafili jednak wykorzystać. - Nie zasłużyliśmy na porażkę - przekonywał po meczu Piotr Brożek. - W piłce czasami tak jest, że lepszy zespół przegrywa - dodawał obrońca Wisły. Zgoda, tyle że w sobotę Polska wcale lepsza nie była.
Naprawdę dobry był chyba tylko Kamil Kosowski. 32-letni skrzydłowy APOEL-u Nikozja wrócił do kadry po dwuletniej przerwie. Pokazał, że za narodową drużyną tęsknił i że na Cyprze nie zapomniał, jak się gra. "Kosa" robił na lewej flance to, czego na prawej nie potrafił Jakub Błaszczykowski. Walczył, dryblował, dośrodkowywał. Zazwyczaj celnie. To po akcjach z Kosowskim najgroźniejsze okazje strzeleckie miał Jeleń. W pierwszej (56. minuta) naszego snajpera uprzedził Cristian Chivu, wybijając piłkę na rzut rożny, w drugiej gracz Auxerre zamiast główkować z kilku metrów uderzył piłkę... nosem.
Jedyną bramkę meczu strzelił ten, który na co dzień jest w cieniu Jelenia. W 59. minucie lewym skrzydłem pobiegł Ciprian Marica i nie niepokojony przez Marcina Kowalczyka podał płasko na środek pola karnego. Daniel Niculae strzelił, piłka odbiła się od nogi Dudki i wpadła do polskiej bramki nad interweniującym Tomaszem Kuszczakiem.
Bramkarz Manchesteru United, który pięć minut później uratował zespół od straty drugiego gola, łapiąc piłkę po główce Niculae, w końcówce był bliski kompromitacji. W 87. minucie, po strzale B nela Nicoliiy, puścił piłkę pod brzuchem, na szczęście nie zmierzała ona w światło bramki.
Po chwili Kuszczaka przebił Sławomir Peszko. Rezerwowy skrzydłowy dwa razy stanął oko w oko z Pantilimonem. Najpierw anemicznie strzelił wprost w bramkarza. Później ładnie go minął, ale zamiast skierować piłkę do pustej bramki, wdał się w drybling z obrońcami i ją stracił. - Mam do siebie ogromną pretensję, powinienem wykorzystać przynajmniej jedną z tych okazji - żałował gracz poznańskiego Lecha. I Peszko, i Kuszczak narzekali na stan murawy. - Tony piachu, wyrwane kępy trawy. Przez dziesięć lat nie grałem na tak fatalnym boisku - opowiadał nasz bramkarz. - Z mojego debiutu zapamiętam murawę - zgodził się z piłkarzami Smuda.
Szkoda że i kibice nie zapamiętają wiele więcej. Okazja do lepszej gry, na niewątpliwie lepiej przygotowanym boisku, już w środę. Wtedy w Bydgoszczy Polska zagra z Kanadą. Prawdopodobnie bez Błaszczykowskiego, który nabawił się kontuzji.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl