Z Mają Włoszczowską rozmawia Łukasz Jachimiak
W tym roku zdobyła pani mistrzostwo Europy. Po złoty medal mistrzostw świata sięgnąć nie pozwoliła kontuzja. Myśli pani już o przyszłorocznym wyścigu w Kanadzie?
- Jak najbardziej! Trasę w Mont-Sainte-Anne, gdzie odbędą się mistrzostwa świata, mamy już nagraną i obfotografowaną. Właśnie z myślą o tej trasie jeździłam ostatnio na rowerze z pełną amortyzacją. Chcę się w niego wczuć, bo to jest zupełnie inna jazda niż na rowerze sztywnym, na którym startowałam do tej pory. Całe przygotowania, które zaczynam już 1 grudnia, są podporządkowane mistrzostwom świata.
Nie za wcześnie te przygotowania? Kiedy są mistrzostwa?
- Na przełomie sierpnia i września. Ale muszę zrobić wszystko, żeby wreszcie zdobyć tę wymarzoną tęczową koszulkę mistrzyni świata. Umknęła mi w tym roku, w przyszłym będą ją mocno gonić.
Niedawno wróciła pani z wakacji w Wenezueli. Dokąd jedzie pani na pierwszy obóz treningowy?
- W grudniu trenuję w domu, będę też chodziła na zabiegi rehabilitacyjne, żeby zlikwidować różne mikrokontuzje. Zgrupowania zaczynam od stycznia. Najpierw będziemy trenowali w Polsce, później w Hiszpanii. W marcu jedziemy do Izraela. Wystartujemy tam, żeby poznać trasę, na której w lipcu odbędą się mistrzostwa Europy. Na początku maja zaczynamy ważniejsze starty Pucharu Świata.
Australii w kalendarzu nie ma?
- Nie, w najbliższym sezonie wszystkie najważniejsze zawody są w Europie i w Ameryce Północnej.
Czyli nie dlatego, że wiążą się z nią przykre wspomnienia groźnego upadku i operacji?
- Kiedyś wrócę do Australii z wielką przyjemnością, bo bardzo mi się podobała. Czasami trzeba drugi raz stawić czoła wyzwaniu, któremu się nie podołało. Mnie pokonała tamtejsza trasa, niesamowicie ciężka, więc może powinnam na nią wrócić, żebym to ja była górą nad tą górą.
Dziś jest pani mistrzynią Europy, ma srebro z Pekinu i Nagrodę Biznesu Sportowego DEMES w kategorii „Sportowy wizerunek". Ale jeszcze rok temu była pani bliska wyjazdu z kraju, bo kolarstwa nikt nie chciał wspierać.
- Teraz na szczęście jest inaczej. Udało mi się podpisać kontrakt z firmą CCC, do igrzysk olimpijskich w Londynie mogę całą energię wkładać w treningi. Trener Andrzej Piątek stworzył grupę, która funkcjonuje jak żadna inna na świecie. Do każdego człowieka z tej ekipy mam pełne zaufanie. Wiem, że jak mechanik daje mi rower, to ten rower jest w pełni sprawdzony i nic mi się nie stanie. Z dziewczynami rozumiemy się tak dobrze, że i na wakacje razem mogłybyśmy jeździć, mimo że w roku spędzamy wspólnie aż 250 dni. W tym naszym dream teamie chciałoby jeździć wiele zawodniczek ze światowej czołówki, ale póki co, to jest wyłącznie polski zespół, który świetne wyniki ma osiągać tylko dla Polski.
No właśnie - świetne wyniki to popularność. Z raportu, który dla „Metra" przygotowała firma Pentagon Research, wynika, że za udział w reklamie mogłaby pani zarobić nawet 400 tysięcy złotych. Sponsorzy ustawiają się w kolejce?
- Negocjuję różne kontrakty, zobaczymy, co z tego wyniknie. Na pewno sponsorzy cenią sportowców, którzy długo mają dobre wyniki, a ja rezultaty na skalę światową mam od 2003 roku. Do tego ważny jest sportowy wizerunek. I tu wracamy do tego wypadku z Australii - przez niego jestem bardziej znana, niż byłabym, gdybym zdobyła mistrzostwo świata.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl