Małysz, który przed tygodniem w fińskim Kuusamo nie zakwalifikował się do inaugurującego sezon konkursu, jest już w czołowej dziesiątce Pucharu Świata. W Lillehammer w sobotę był trzeci, wczoraj ósmy.
Polak w optymalnej dyspozycji ma być w lutym, podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver. Marzy mu się złoto. I ten medal jest w zasięgu Polaka!
Już w piątek Małysz pokazał się z jak najlepszej strony, wygrywając kwalifikacje do sobotnich zawodów. Dzień później po pierwszej serii był czwarty, w finałowej przesunął się na trzecią pozycję. Przegrał tylko z Gregorem Schlierenzauerem i Thomasem Morgensternem. Do austriackich zdobywców dwóch ostatnich Kryształowych Kul Polak stracił niewiele. Skoczył 127,5 i 134,5 m, przekraczając w ten sposób granicę 70 kilometrów przelecianych na nartach w całej pucharowej karierze. "Schlieri" zanotował 125,5 oraz 141 m, a "Morgi" - 130 i 134 m.
- Wiem, że mogę walczyć z najlepszymi. Z trzeciego miejsca jestem zadowolony, choć na pewno mogę jeszcze coś poprawić - stwierdził Małysz po zawodach.
Dziennikarze długo czekali na ocenienie konkursu przez Adama, bo zaraz po zawodach obstąpili go polscy kibice. Z łatwością przedostali się do strefy przeznaczonej dla mediów i ukradli żurnalistom swego bohatera. Autografy, wspólne zdjęcia, gratulacje - tym wszystkim Małysz zajmował się dobre pół godziny po konkursie. - Dziękuję tym ludziom, że przyjechali nas dopingować - mówił uszczęśliwiony.
Wczoraj biało-czerwoni fani więcej szczęścia niż Małyszowi przynieśli jego kolegom. Do finałowej trzydziestki obok "orła z Wisły" znów awansowali Kamil Stoch, Krzysztof Miętus i Marcin Bachleda. W trudnych, wietrznych warunkach cała trójka spisała się świetnie. Stoch był 7. (w sobotę 20.), Miętus 12. (w sobotę 21.), a Bachleda 15. (w sobotę 27.)
Gorzej powiodło się tylko Małyszowi, choć jego skoki wcale nie były słabsze. W pierwszej serii lider kadry poszybował na 135. metr, co dało mu czwarte miejsce i duże szanse na kolejne, 79. już w karierze pucharowe podium. Do trzeciego Emmanuela Chedala Polak tracił tylko 3,5 m. Poza zasięgiem wydawali się Simon Ammann i Harri Olli, którzy trafili na kapitalne warunki pogodowe i odfrunęli na 146. (rekord skoczni) i 142. metr. Wyglądało na to, że o zepchnięcie z podium Francuza Małysz powalczy ze Schlierenzauerem. Austriak w pierwszej serii skoczył aż 150,5 m, ale nie ustał skoku. Upadł i znalazł się na piątym miejscu, ze stratą 0,1 punktu do Polaka.
Gdy w serii finałowej Schlierenzauer osiągnął "tylko" 127 metrów, szanse Małysza wzrosły. Niestety, startujący zawodników Miran Tepeš długo nie zezwalał Polakowi na skok, a gdy wreszcie włączył zielone światło, Adam nie trafił z pogodą i wylądował na 122. metrze. To dało zaledwie ósme miejsce, a już po chwili szczęście uśmiechnęło się do Chedala, Olliego i Ammanna, którzy obronili swoje pozycje na podium. - Drugi skok Adama wyglądał lepiej niż pierwszy, ale w samej końcówce zabrakło mu powietrza pod nartami i nie miał jak odlecieć - oceniał były trener Małysza Apoloniusz Tajner.
Na pocieszenie prezesowi Polskiego Związku Narciarskiego pozostaje świetny występ całej drużyny. - Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w czołowej piętnastce konkursu PŚ znalazło się aż czterech naszych zawodników - cieszył się szef PZN.
Łukasz Kruczek i Hannu Lepistoe triumfują. Gdyby zsumować wyniki wczorajszej rywalizacji tak, jak odbywa się to w zawodach drużynowych, najlepsi byli podopieczni polsko-fińskiego duetu! Zgromadzili 974,6 pkt., o 30 więcej od Niemców (Pascala Bodmera, Andreasa Wanka, Michaela Neumayera i Martina Schmitta) i aż o 44 od Austriaków (Schlierenzauera, Andreasa Koflera, Wolfganga Loitzla i Morgensterna).
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl