
W niedzielę na walnym zgromadzeniu PZPN 116 delegatów zdecyduje o dalszym losie prezesa Grzegorza Laty i pozostałych członków zarządu. Opozycja dowodzona przez Grenia, który przed rokiem prowadził kampanię wyborczą Laty, a wkrótce po wygranych przez niego wyborach stał się zagorzałym krytykiem prezesa, nie chce udzielić zarządowi absolutorium. Do tego potrzebuje głosów ponad połowy delegatów. Jeśli któryś z członków zarządu nie otrzyma absolutorium, odejdzie najwcześniej za trzy miesiące, bo tyle trzeba czekać na zwołanie kolejnego walnego zgromadzenia PZPN.
Z Kazimierzem Greniem, prezesem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej rozmawia Łukasz Jachimiak Czy możliwe jest odwołanie Grzegorza Laty? - Wszystko jest w rękach 116 ludzi, którzy w niedzielę zbiorą się w hotelu Sheraton w Warszawie. Oni mogą zmienić wszystko. 97 procent społeczeństwa - bo tyle uważa, że Lato powinien odejść [wg sondy programu TVP "Warto rozmawiać"] - przekona się, kto jest ze skompromitowanym prezesem, kto się boi jego podstawionych prawników, którzy na pewno znajdą się na walnym zgromadzeniu, a kto ma odwagę i nie waha się głosować za zmianami.
Na ilu ludzi może pan liczyć? - Żaden członek zarządu PZPN nie dostanie absolutorium, jeśli nie zagłosuje za tym większość obecnych na sali. Uważam, że szanse są 50 na 50. I z tego się ogromnie cieszę, bo jeszcze jakiś czas temu zmian chciało tylko 10-15 procent delegatów. Z drugiej strony, wyniku głosowania nad absolutorium dla zarządu nie da się przewidzieć, nawet jeśli się rozmawia w kuluarach. Dopiero wynik pokazuje, kto rzeczywiście był odważny, a kto stchórzył.
Głosowanie ma być jawne, ale chyba możemy spodziewać się wniosku o jego utajnienie? - Na pewno. Prezes jednego z klubów ekstraklasy powiedział już, że jeśli głosowanie będzie tajne, on zagłosuje zgodnie z własnym sumieniem, a jeśli jawne - nie, bo będzie się bał, że z zemsty spuszczą mu z ligi drużynę. To chyba pokazuje, że jawnie czy niejawnie czas wreszcie z tym wszystkim się rozprawić. Kiedy wczoraj jechałem samochodem do pracy, wielu ludzi machało do mnie, pozdrawiało. Słyszałem "trzymamy kciuki", "dajcie radę", "jesteśmy z wami" - niech pan to napisze! Kiedy 29 października zrezygnowałem z członkostwa w zarządzie związku, chciałem zupełnie odpuścić. Ale znaleźli się tacy, którzy powiedzieli "spróbujmy wszystko zmienić". Ta grupa jest coraz większa. I nie mówię o sponsorach, kibicach, dziennikarzach. Delegaci wreszcie otwierają oczy. Okręt o nazwie PZPN tonie, choć jeszcze gra na nim muzyka. Ale na Titanicu też grała do końca.
Pańscy przeciwnicy, a nawet sam prezes Lato, mówią, że przeszedł pan na drugą stronę barykady, bo nie został wiceprezesem związku. - To, co mówi Lato. jest kłamliwe, kłamliwe, i jeszcze raz kłamliwe! Moja mądrość polegała na tym, że nie zgodziłem się piastować stanowisk wiceprezesa i sekretarza generalnego związku, które proponował mi ten człowiek z Mielca. Trzy dni po wyborach w PZPN w TV Polonia oświadczyłem, że Lato ma dobry program i jeśli nie będzie go realizował, to po roku stanę po drugiej stronie barykady. Więcej - półtora miesiąca po wyborach zauważyłem, że Lato konserwuje stare układy, więc wywołałem małą wojnę. Na zarządzie, w obecności 20 osób, wręczyłem mu program, który napisałem dla niego na wybory, i powiedziałem "proszę go realizować". Nie czekałem na stanowiska. Chciałem realnych zmian.
Czego nie robi prezes Lato? - Po pierwsze, zapowiadał przejrzystość. Gdzie ona są, skoro szczegółów umów podpisanych ze Sportfive i Nike nie znali nawet członkowie zarządu? Po drugie: walka z korupcją. Tłumaczenie, jak z tym jest, byłoby śmieszne. Idźmy dalej - powołanie profesjonalnego biura prawnego. Dzisiaj jest ich pięć i nikt nie wie, które za co odpowiada. Dlaczego w PZPN jest tylu prawników, kto odpowie za marnowanie pieniędzy na wynagrodzenia dla nich? A może aż tylu jest potrzebnych do walki z klubami, które zostały poszkodowane przez zamieszanie w związku z licencjami? Ich przyznawanie miało być uproszczone. Co się działo latem, wszyscy pamiętamy.
Jeździł pan po kraju i przypominał o tym delegatom? - Mieliśmy kilka spotkań pod Warszawą, ale do Gdańska, gdzie mnie ponoć widziano, i w inne miejsca nie jeździłem. Bo i po co? W dobie telefonii komórkowej i poczty elektronicznej nie jest to potrzebne. Oczywiście pod warunkiem, że mejla potrafi się wysłać. Grzegorz Lato akurat tego nie umie.
Pan też pewnych rzeczy nie potrafi. Zbigniew Boniek śmiał się nawet z pana kwalifikacji, kiedy komentował pańską kandydaturę na stanowisko dyrektora reprezentacji. - Przeprosił mnie za to. Dzwonimy do siebie, rozmawiamy. Ja też mógłbym śmiać się ze Zbyszka. Choćby z tego, że w wyborach na prezesa PZPN dostał tylko 18 głosów, a Lato, dzięki mnie, aż 58. Albo że trenerem kadry był przez dwa czy trzy mecze. Ale nie o to chodzi, żebyśmy się punktowali. Lepiej zwróćmy uwagę na to, że Bońka nie będzie na obchodach 90-lecia PZPN. Lato go nie zaprosił, mnie zresztą też. Trzeba jasno powiedzieć, że to nie są urodziny Laty, a PZPN to nie jest jego folwark. On jest tylko prezesem, którym może nie być już za chwilę. To co robi, to prostactwo.
Skoro PZPN ma upaść, co proponuje pan w jego miejsce? - Kiedy PZPN się skończy, trzeba będzie stworzyć nową organizację. I nazwać ją Polską Federacją Futbolu. Tak, żeby nie kojarzyła się z całym złem piłki. Wierzę, że po 20 grudnia będzie okazja, żeby o wszystkim szerzej porozmawiać.