>>
Jak radzić sobie z wszystkojedzącym psem Naszej mistrzyni świata do pokonania pięciu kilometrów wystarczyło 12 min i 37 s. Justyna, która uchodziła za faworytkę biegu, pomknęła po swoje w wielkim stylu. Już na pierwszym punkcie pomiarowym (na 2200. metrze) Polka miała wyraźną przewagę nad tymi, które dały z siebie najwięcej, próbując dotrzymać kroku Kowalczyk. Słowenka Petra Majdić traciła do naszej królowej śniegu 6,4 s., Norweżka Kristin Stoermer Steira - 7,8 s., a Finka Aino-Kaisa Saarinen - 9,1 s.
Na kilku kolejnych górkach, pod które przeciwniczki wdrapywały się z trudem, a które Kowalczyk brała z rozpędu, przewaga podopiecznej Aleksandra Wierietielnego jeszcze wzrosła. Na metę z drugim wynikiem wpadła Saarinen. 11,6 s. po Polce. Trzecia Petra Majdić straciła 14,8 s., czwarta Steira aż 25,6 s., a prowadząca w Tour de Ski Włoszka Arianna Follis (była szósta) - 27,3 s.
Wszystkie one na mecie z trudem łapały oddech. Kowalczyk doszła do siebie w pół minuty. Gdy finiszowały Majdić i Follis, Polka przepędzała już operatora kamery Eurosportu, który podglądał, jak mokry strój zmieniała na suche i ciepłe polar oraz kurtkę.
- Jestem usatysfakcjonowana, bo lubię biegać na 5 km i potwierdziłam, że to dystans dla mnie - mówiła o swym dziesiątym w karierze zwycięstwie nasza bohaterka. Szczęśliwy może być też trener Wierietielny. - A to jeszcze nie jest ta forma. Kiedy przyjdzie, Justysia będzie uciekała rywalkom, a na mecie nie będzie po niej widać zmęczenia - twierdził szkoleniowiec jeszcze kilka dni temu. Wczoraj Kowalczyk wygrała po raz czwarty w tym sezonie, ale chyba dopiero teraz zrobiła to tak, jak w najlepszych chwilach poprzedniego.
Gdy w Libercu Polka sięgała po tytuły mistrzyni świata, a później goniła Kryształową Kulę w Pucharze Świata, nie było na nią mocnych. Na nieco ponad miesiąc przed igrzyskami olimpijskimi w Vancouver sytuacja zaczyna przedstawiać się podobnie. Majdić - która przed dwoma ostatnimi biegami Tour de Ski traci do Kowalczyk 14,1 s. - Follis - której strata wynosi 23,2 s. - oraz Saarinen - która jest gorsza o 35,1 s. (straty reszty zawodniczek są już bardzo poważne) - w niedzielnej, kończącej rywalizację wspinaczce na alpejski stok w Val di Fiemme mogą mieć problem nawet z zobaczeniem pleców Justyny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują bowiem, że do dziewięciokilometrowej harówki Kowalczyk przystąpi z jeszcze większą przewagą, którą wypracuje sobie w sobotnim biegu ze startu wspólnego na 10 km "klasykiem".
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl