>>
Co zrobić, gdy psu jest zimno? Sobota, samo południe. Justyna rusza na trasę biegu na 10 km stylem klasycznym ze startu wspólnego we włoskim Val di Fiemme. Jest liderką cyklu Tour de Ski, ale ma wygrać i powiększyć przewagę nad rywalkami przed niedzielnym podbiegiem na alpejski stok Alpe Cermis. Na kilometr przed metą, na jednym ze zjazdów, Polka upada. Kończy zawody na 23. miejscu, 15 sekund za najlepszą na mecie Petrą Majdić, swoją najgroźniejszą konkurentką. W sumie, licząc bonifikaty, które zgarnia Słowenka, strata Justyny przed wspinaczką wynosi 31,4 sekundy.
- Maszyn nie ma, ale wszystko można odrobić - mówi Polka. Wygląda tak, jakby przez cały czas nie pozwalała popłynąć łzom złości. Pech kosztował ją pozycję liderki zarówno Tour de Ski, jak i Pucharu Świata. Mimo to uśmiecha się, zapowiada walkę. Ci, którzy ją znają, wiedzą, że walczyć będzie do końca.
Niedziela, godzina 12.30, Majdić rozpoczyna dziewięciokilometrowy etap, który tuż za półmetkiem prowadzi tylko w górę - od 860 aż do 1290 m n.p.m. 3,5 kilometra przed metą Kowalczyk traci do rywalki 27,4 s. Nie da rady? Gdzie tam! Już po kolejnych dwóch kilometrach jest tuż za Majdić. 900 metrów przed metą, w miejscu, w którym poziom nachylenia stoku wynosi aż 29 procent, Justyna włącza szósty bieg. Majdić go nie ma. Nie ma go żadna inna zawodniczka na świecie. Na niespełna kilometrze nasza "królowa śniegu" odjeżdża rywalkom. Na metę przybywa aż o 19,6 s przed Słowenką. Trzecią Ariannę Follis, wielką faworytkę gospodarzy, bije o 1:12,1 s.
Kilkanaście minut później Polka wchodzi na najwyższy stopień podium i odbiera nagrody. Wśród nich jest m.in. 400 punktów do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, co pozwala jej wrócić na pozycję liderki, a także czek na 150 tys. franków szwajcarskich.
- Ostatnich 200 metrów i tego, jak mijałam linię mety, po prostu nie pamiętam. Byłam na granicy wytrzymałości - mówi Kowalczyk o cenie, którą zapłaciła za sukces. Tak zmęczonej Polki chyba jeszcze nie widzieliśmy. Zaraz za linią kończącą morderczy maraton, jakim był cykl Tour de Ski, w którym w dziesięć dni trzeba było przebiec osiem różnych dystansów w trzech krajach, Kowalczyk padła.
Padły wszystkie zawodniczki. Vegarda Ulvanga i Joerga Capola, byłych narciarzy, a dziś działaczy Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), którzy wymyślili TdS, za organizację finiszu na Alpe Cermis przeklinają i one, i trenerzy. - To nie jest bieg, tylko chód na nartach. Nie lubię patrzeć, jak umęczone zawodniczki nieporadnie pełzną pod górę - mówi Aleksander Wierietielny.
Szkoleniowiec Justyny ma rację - z tak potężnym wysiłkiem narciarki nie spotykają się nigdzie indziej. Na mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich nie ma góry, pod którą nie da się podbiec. Ale widzowie Alpe Cermis kochają. Wyniki oglądalności finału TdS mówią wszystko. Ten jeden etap przyciąga przed telewizory więcej osób niż walka o wszystkie złote medale najważniejszych imprez. Takich stromizn, które kojarzą się z najtrudniejszymi, górskimi etapami kolarskiego Tour de France, kibice potrzebują. Wczoraj naszego Lance'a Armstronga w spódnicy na żywo oklaskiwali Polacy. Biegli za Polką, trzymając biało-czerwone flagi. Kowalczyk jak Armstrong i jak inni wielcy bohaterowie sportu, których drogi do sukcesów przypominają gotowe scenariusze na hity z Hollywood, na swojej pętli stworzyła własną legendę.
W sobotę Justyna została wybrana najlepszym sportowcem Polski w 2009 roku. Po tym, co pokazała wczoraj, wiemy, że na igrzyskach olimpijskich, które już za miesiąc rozpoczną się w kanadyjskim Vancouver, może zrobić coś, co już w lutym zagwarantuje jej kolejną statuetkę w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i TVP.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl