Z Adamem Małyszem rozmawia Łukasz Jachimiak
Pierwszy olimpijski stres już za panem - odczytanie ślubowania olimpijskiego.
- Rzeczywiście - w niedzielę byłem wystraszony chyba jeszcze bardziej niż przed startem na moich pierwszych igrzyskach w Nagano (śmiech). Gdybym był w siedzibie PKOl z chłopakami z kadry, to na pewno tę przysięgę oddałbym któremuś z nich. Nie lubię takich oficjalnych wystąpień. Wtedy się stresuję i robię błędy. Lubię mówić od siebie, a nie czytać z kartki.
Teraz została sama przyjemność. W ostatnich konkursach pokazał pan, że skoki znów pana bawią.
- Miło mi to słyszeć, bo do niedawna dziennikarze mówili tylko, że wyglądam, jakby ciągle mnie coś gryzło. Że jak siadam na belce, to widać, że jestem zdenerwowany. Tak źle wcale nie było, ale na pewno widać różnicę w podejściu do zawodów, kiedy przychodzi forma. Wówczas są i pewność siebie, i zadowolenie, i motywacja, chęć odlatywania coraz dalej i dalej.
Lider Pucharu Świata i jeden z faworytów igrzysk Simon Ammann już podczas Pucharu Świata w Zakopanem mówił, że w Vancouver będzie pan walczył o medale. W Klingenthal tylko on pana wyprzedził. Reszta musi się bać?
- Po tym konkursie każdy wie, że Małysz znów się liczy, że jest mocny. Ale ja wiem, czy się mnie boją? Osobiście kilka miłych słów powiedział mi tylko Wolfgang Loitzl: "No, Adam, jest power, idzie forma". W sumie wszyscy od dawna wiedzieli, że wokół czołówki krążę, a poczuć, że się zbliżam, powinni już w Zakopanem.
Ale Ammann jest wyjątkowo pewny siebie. W Klingenthal dumnie salutował kibicom już po pierwszej serii.
- Myślę, że on wcale nie jest aż tak pewny siebie jak to pokazuje. Skacze bardzo dobrze, ale na pewno nie tak, jak jeszcze niedawno. Nie bije rekordów, nie ma już takiego wielkiego błysku. Tylko że chętnych na medale jest więcej niż ja i Ammann. Nie wolno zapominać o Austriakach.
Oglądał pan konkurs w Willingen? Wygrał Gregor Schlierenzauer, ale szczerze mówiąc, jego skoki nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia.
- Oglądałem i nogi mi przed telewizorem chodziły (śmiech). Zawsze, kiedy nie skaczę, czuję takiego "nerwa", że mnie tam nie ma. No, ale tym razem trzeba było się uspokoić i odpocząć. Co do Schlierenzauera, to może się wydawać, że on skacze gorzej, a jednak ciągle wygrywa. Jest nieobliczalny. Jego koledzy też.
Austriacy denerwują się kłopotami ze sprzętem. Pan i tu zachowuje olimpijski spokój.
- Ostatnio dużo mówiło się, że Austriacy mają cudowne kombinezony, a my ich nie możemy dostać. Prawda jest taka, że kombinezon za nikogo nie skoczy, choć oczywiście troszkę może pomóc. Zamieszania nie rozumiem, od dawna było wiadomo, że na igrzyskach nie wolno startować w strojach obszytych reklamami. Ja do Vancouver zabrałem cztery odpowiednie kombinezony. Sprawdzałem je w Klingenthal, są dopasowane tak, jak chciałem, a jeszcze mam czas aby wybrać, w którym będę skakał.
Na poprzednie igrzyska zabrał pan piękny, ręcznie malowany kask, osiem lat temu skakał pan na nartach, które pod zieloną warstwą wierzchnią były złote.
- Teraz też mam jeden gadżet: doświadczenie (śmiech).
To ono podpowiedziało panu, by do Vancouver polecieć tak późno [Małysz wyruszył do Kanady wczoraj]? Już w piątek są kwalifikacje do pierwszego konkursu, zaplanowanego na sobotę.
- W poprzednim roku na próbie przedolimpijskiej byłem w Vancouver dzień przed konkursem i żadnego problemu mi to nie sprawiło. W 2007 roku na mistrzostwa świata do Sapporo też poleciałem na ostatni gwizdek. Raczej nie mam kłopotów z aklimatyzacją. Poza tym, jak się za wcześnie jest w wiosce i czeka długo na start, to za dużo się myśli. A to niepotrzebne. Ja chcę przyjechać i walczyć, a nie snuć się z kąta w kąt, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
Jeden z amerykańskich magazynów sportowych twierdzi, że na skoczni normalnej zdobędzie pan brązowy medal, a na dużej zabraknie pana na podium.
- Cieszę się, że w ogóle jestem typowany do medalu, ale mierzę wyżej.
W złoto?
- Mówię o tym nie od dziś. Mam nadzieję, że "góra" pozwoli je spełnić. Jestem przekonany, że wiary i sił mi nie zabraknie. Będę walczył, ile tylko mogę.
Amerykanie dają panu większe szanse na skoczni K95, podobnie myślą polscy kibice. Jak jest naprawdę?
- Pewnie kilka lat temu powiedziałbym, że rzeczywiście lepiej się czuję na mniejszych obiektach. Ale dziś nastawiam się tylko na walkę o medal, o skoczniach nie myślę. Kiedyś mówiono, że nie jestem "latawcem", a pokazałem, że potrafię wygrywać na skoczniach mamucich. Wiem, że muszę być silny, uwolnić swojego powera.
Apoloniusz Tajner, prezes PZN i pana były trener, trener Hannu Lepistö, pierwszy szkoleniowiec Jan Szturc - wszyscy twierdzą, że szczyt pańskiej formy nastąpi właśnie w Vancouver. W błysk Małysza uwierzyli też rywale i kibice. Jak się wraca do wielkiej gry?
- Wiem, że niektórzy już dawno postawili na mnie krzyżyk, inni zniecierpliwili się ostatnio i chociaż cały czas trzymałem się w czołówce, uznali, że nic z tego nie będzie. Nie było mi łatwo, kiedy z zewnątrz dochodziły głosy a to, że Hannu mnie zajechał, że może trening był za ciężki? Na szczęście gazet nie czytam, wiadomości sportowe oglądam rzadko, więc koncentrowałem się, robiłem swoje i pamiętałem, że wiara czyni cuda. Wierzę w to, co robię, tego wymaga też Hannu. To niesamowity szkoleniowiec, pewny swoich działań. Cały czas powtarzał: "spokojnie, spokojnie, na pewno dojdziemy do formy". Teraz mogę powiedzieć, że czuję się doskonale przygotowany. Trzeba mi tylko trochę szczęścia, świeżości w nogach, i do boju.
Źródło: Dziennik Metro