>>
Zimowy punkt pomocy dla ptaków Nawet godzinne opóźnienia pociągów (z powodu niskich temperatur pękają szyny) i wciąż ok. 10 tys. gospodarstw domowych na terenie całego kraju pozostających bez prądu (najwięcej w Małopolsce i na Dolnym Śląsku) - to bilans strat spowodowanych przez utrzymujący się mróz. Dziś będzie niewiele lepiej, bo temperatura wahać się będzie od -15 stopni Celsjusza na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu, przez -12 w centrum i na Suwalszczyźnie, do -6 w zachodniej części Wybrzeża.
Taka temperatura jest szczególnie niebezpieczna dla bezdomnych. Tylko od początku stycznia w całym kraju zamarzło już ponad 70 osób. Ale mimo rekordowych mrozów ci ludzie nie zawsze mogą liczyć na pomoc. Tak jest w noclegowni przy ul. Burakowskiej w Warszawie, gdzie codziennie rano wszyscy wyrzucani są na dwór. Mogą wrócić za kilkanaście godzin.
- Stoją nad głową i musimy stąd wychodzić na mróz punktualnie o godzinie 7 rano. Jest wiele osób, które nie mają pracy i nie mają co ze sobą zrobić. Muszą tułać się po Warszawie aż do 19, bo dopiero wtedy noclegownię znów otwierają. Mimo że już od 18 są kolejki przed drzwiami, wpuszczą dopiero punkt 19 - żali się jeden bezdomnych. I prosi w imieniu kolegów: - Czy nie można by chociaż przez okres tych mrozów wydłużyć o tę jedną godzinę rano możliwość pobytu? Może mogliby się zlitować i wcześniej wpuszczać nas z powrotem?
Zadzwoniliśmy do Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej, który prowadzi noclegownię. - To jest noclegownia, a nie całodobowe schronisko - odpowiada Irena Krzemińska, kierowniczka biura Rady Naczelnej PKPS.
Pytania irytują też Michała Jakonowicza, szefa noclegowni z Burakowskiej: - 12 godzin, które dajemy na nocleg, to jest dużo. Nie ma mowy o wydłużeniu pracy, bo nie mam kadry. Nie mam pojęcia, dlaczego wychowankowie narzekają, przecież obok noclegowni mamy ogrzewalnię, która jest otwarta w godzinach zamknięcia noclegowni. Tam się mogą przecież spokojnie napić herbaty, jest też telewizor - mówi.
Sęk w tym, że ogrzewalnia ma tylko 30 miejsc siedzących, a w noclegowni przebywa nawet 200 osób.
Dlatego Adam Przybylski, szef Noclegowni dla Bezdomnych Mężczyzn prowadzonej przez Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta na ul. Spokojnej w Łodzi, która jest otwarta od godziny 17 do 8 rano, jest mocno zaskoczony całą sytuacją: - Ja rozumiem, że noclegownia to nie schronisko, ale nie sztuka wyrzucić ludzi na mróz. A 12 godzin na takim mrozie to bardzo dużo. Nie rozumiem, dlaczego prowadzący tę noclegownię w Warszawie są tak nieczuli. My, gdy zamykamy noclegownię, otwieramy świetlicę, gdzie wszyscy się mieszczą.
Facet z latarką na głowie nikogo już nie dziwił Jak przy rekordowych mrozach przeżyć kilkanaście dni bez prądu? Rozmawialiśmy z ludźmi, których dotknęła gigantyczna awaria.
Tomek, 35 lat, instruktor wspinaczki - Moja wieś Pradła-Bugaj leży między Częstochową a Zawierciem. Nie mieliśmy prądu przez 6 dni. U mnie w domu było 10 stopni, spałem więc i chodziłem w ciuchach, które normalnie zabieram na zimowe wyprawy. W ciągu dnia zbieraliśmy się u któregoś z sąsiadów mających stare domy z piecami węglowymi. Tam można było napalić i było ciepło. Telefon ładowałem w samochodzie w drodze do sklepu, gdzie robiłem zakupy dla całej wsi. Reszta miała inne zadania. Do czołówki na głowie tak się przyzwyczaiłem, że zapomniałem, że ją mam. Ale nikogo też nie dziwił widok faceta z latarką na głowie.
Michał, mieszkaniec Ponika w gminie Janów, w powiecie częstochowskim - Prądu nie miałem przez 11 dni. W takiej sytuacji w moim rejonie było ok. 300 tysięcy osób. Moją rodzinę uratował sprawny kominek i to, że od razu na początku awarii kupiłem agregat prądotwórczy za 1200 zł. Teraz nie ma ich już w żadnym sklepie na południu Polski. Niektórzy jeździli nawet do Warszawy, bo ktoś w sklepie obiecał im zostawić agregat. Walka o nie stała się walką o życie. Przyjacielowi 5 stycznia urodziła się córka, ósmego zabrał żonę z dzieckiem do domu, a następnego dnia wysiadł prąd. Zostawili pusty dom i wyjechali do znajomych do miasta. Niestety, pojawili się cwaniacy, którzy chińskie dziadostwo o małej mocy, warte najwyżej 500 zł, sprzedawali za ponad 1000. Ale pamiętam też, jak cała wieś Apolonka wzięła urlopy, żeby odśnieżać drogę, żeby można było dojechać i usunąć awarię. Przyjeżdżali swoimi ciągnikami, całe rodziny przewalały połamane drzewa w lesie. Na długo zostanie mi w pamięci widok walących się drzew. Padały jak zapałki. Pod grubą warstwą szadzi co 20-30 sekund łamało się drzewo.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl