>>
Film dla psówNależący do Związku Polaków na Białorusi dom w Iwieńcu milicja próbowała przejąć siłą przed tygodniem. Bezskutecznie. W sumie nieruchomości wybudowanych za pieniądze pochodzące z Polski ZPB miał kiedyś 16. Do dziś pod kontrolą związku, na którego czele stoi nieuznawana przez Mińsk Andżelika Borys, pozostały już tylko trzy. Ten w Iwieńcu oraz w Baranowiczach i Borysewie. Pozostałe 13 budynków białoruski reżim przekazał drugiemu Związkowi Polaków na Białorusi, na którego czele postawił namaszczonych przez siebie liderów.
Domu w Iwieńcu przejąć się nie udało, bo broniło go 50 działaczy związkowych, a wszystkiemu przyglądali się polscy dyplomaci.
Ambasador RP na Białorusi Henryk Litwin otrzymał nawet od tamtejszego MSZ notę dotyczącą "kwestii protokolarnych związanych z funkcjonowaniem polskich dyplomatów". Można się tylko domyślać, że Mińsk jest niezadowolony z ich obecności w Iwieńcu.
Za to Teresa Sobol, dyrektorka Domu Polskiego w Iwieńcu, dostała zakaz opuszczania Białorusi. Władze oskarżają oficjalnie ją, że w 2004 r. niezgodnie z prawem wzięła od związku zapomogę - ok. 900 zł.
Dwa dni po tych wydarzeniach minister Radosław Sikorski rozmawiał z szefem białoruskiego MSZ Siarhiejem Martynauem. Ostrzegł Białorusinów, że gdy represje wobec Polaków nie ustaną, reżim Łukaszenki będzie mógł zapomnieć o pomocy finansowej, jaką ma mu przyznać Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Czy te groźby pomogą naszym rodakom na wschodzie? Na razie jest to mało prawdopodobne, choć polskie władze wciąż nie wykluczają zaproszenia przedstawicieli władz Białorusi na obchody 650-lecia bitwy pod Grunwaldem. O samym Łukaszence nikt już nie wspomina.
Szef Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" Maciej Płażyński, który wczoraj odwiedził Polaków na Białorusi, stwierdził: - Mamy do czynienia z represjami politycznymi, i tak je należy odczytywać. Nie spełniły się nasze oczekiwania, że nastąpi poprawa w relacjach między władzami w Mińsku a Związkiem Polaków na Białorusi. Jest wręcz przeciwnie, zamiast poprawy, nastąpiło ponowne napięcie i nie ma co udawać, że tego nie widzimy.
Wiemy, że Warszawa o nas pamiętaZ Andrzejem Poczobutem, działaczem Związku Polaków na Białorusi i korespondentem "Gazety Wyborczej", rozmawia Jacek Różalski
Czego Polacy na Białorusi oczekują od Warszawy. Czy reakcja naszego rządu na wydarzenia w Iwieńcu była wystarczająca? - Wobec Aleksandra Łukaszenki trzeba uprawiać twardą politykę. On taką stosuje i tylko taką rozumie i szanuje. Teraz znów postanowił przykręcić nam trochę śrubę. Dlatego ostra rozmowa ministra Radosława Sikorskiego z ministrem spraw zagranicznych Białorusi Siarhiejem Martynauem była dobrą reakcją. Pomagają nam też polscy dyplomaci, którzy na bieżąco się z nami kontaktują. Dzięki temu wiemy, że w Warszawie się o nas pamięta. Miejmy nadzieję, że to pomoże.
A czego oczekujecie od białoruskich władz? - Chcemy, żeby Mińsk w końcu uznał, że to Związek Polaków na Białorusi kierowany przez Andżelikę Borys jest tą organizacją, która naprawdę nas reprezentuje. A nie ten, na którego czele stoi teraz Stanisław Siemaszko. Jego, a przed nim Józefa Łucznika, wybrały tak naprawdę władze Białorusi, a nie Polacy. Gdyby ten postulat został spełniony, nie byłoby problemów z wykorzystywaniem Domów Polskich wybudowanych przecież za pieniądze przesłane z Polski. W tych przejętych już przez władze nic się nie dzieje. Zamiast nauki języka polskiego i koncertów działają jakieś firmy.
Gdzie więc polskie dzieci uczą się ojczystego języka? - Jeśli zebrałoby się sześcioro dzieci, to rodzice mają prawo wystąpić do władz o lekcje języka polskiego. Ale to tylko teoria. Rodzice mogą też posyłać dzieci na prywatne lekcje, ale to nie zawsze jest możliwe. Na nauczycieli uczących polskiego nasyła się urzędników skarbowych. Muszą udowodnić, skąd mają dodatkowe dochody. Pod koniec ubiegłego roku przesłuchano 122 z nich. Wypytywani są też o związki z ZPB lub Stowarzyszenie "Wspólnota Polska". Nie wszyscy wytrzymują takie szykany, choć większość czuje, że nauka języka polskiego to ich misja i się nie poddają.
Próbowaliście pierwsi wyciągnąć do władz rękę na zgodę? - Gdy w pod koniec ubiegłego roku zebraliśmy wśród działaczy i sympatyków ZPB pięć tysięcy podpisów pod apelem do władz w Mińsku o rozpoczęcie z nami dialogu, skończyło się tym, że działający na Białorusi funkcjonariusze wydziałów ideologii odwiedzali sygnatariuszy, straszyli, że mogą być oskarżeni o działalność wywrotową i namawiali do wycofania podpisów.
Macie kontakty z ZPB uznawanym przez Mińsk? - Nie. Związek, na którego czele stoi Siemaszko, to fikcja. Przybudówka rządu. Ma może kilkunastu członków.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl