>>
Gustaw, kot z nadwagą... To spotkanie nie miało precedensu. Po jednej stronie premier Donald Tusk, po drugiej - kilkudziesięciu internautów i przedstawicieli organizacji pozarządowych, którzy walczą o wolność w sieci (m.in. Partii Piratów, Fundacja Nowoczesna Polska, fundacje Panoptykon i Kidprotect.pl). To właśnie ich tak zirytowały propozycje rządu, że poprosili o spotkanie samego premiera.
Chodzi o ustawę, która wprowadzałaby rejestr stron i usług niedozwolonych, a tym, co najbardziej stanęło ością w gardle internautów, był rządowy pomysł stworzenia czarnej listy stron internetowych. Dostęp do nich mieliby obowiązkowo blokować wszyscy rodzimi dostawcy internetu. Lista miałaby objąć strony hazardowe, pedofilskie czy "witryny ułatwiające oszustwa finansowe". Byłaby uzupełniana na wniosek m.in. policji czy służby celnej.
Opór uzytkowników okazał się miażdżący. Pod apelem do prezydenta o ewentualne weto ustawy podpisało się blisko 80 tys. osób. Podczas piątkowej 3-godzinnej debaty internauci raz jeszcze opowiadali premierowi, co im przeszkadza w ustawie. Argumenty o cenzurze Donald Tusk odpierał: - Zakładanie, że intencją tej ustawy jest cenzura, to nadużycie. A na przestępstwa w sieci nie może być większego przyzwolenia niż w realu - mówił. Dyskutanci tłumaczyli, że odgórne blokowanie złych stron na niewiele się zda, bo ich twórcy będą tworzyć nowe, niedostępne dla polskiej jurysdykcji.
W końcu premier przyznał: - Dziś lepiej niż przed kilkoma tygodniami rozumiem wasze obawy. (...) Czy rejestr się utrzyma, czy nie, zdecydują konsultacje społeczne i rozmowy w grupie roboczej - zapowiedział.
Choć to nie oznacza, że kontrowersyjny zapis na pewno wypadnie z ustawy, to jednak da internautom światełko nadziei. Istnieje szansa, że rząd, który w najbliższych tygodniach zajmie się projektem i przeprowadzi konsultacje, faktycznie dopuszcza rezygnację z kontrowersyjnych zapisów. Termin spotkania z organizacjami ma ustalić minister Michał Boni. - To ważna deklaracja, duży krok naprzód - mówili przedstawiciele internautów.
Rząd po raz pierwszy zapytał Polaków: obywatele, powiedzcie, jakiego internetu chcecie?Z Jarosławem Lipszycem, szefem Fundacji Nowoczesna Polska, rozmawia Michał Stangret Zwolennicy wolności w sieci mogą się już cieszyć, że pomysł z czarnymi listami definitywnie trafił do kosza? - Premier nie obiecał, że czarnych list nie będzie. Zadeklarował, że wykreśla go z ustawy, odbędą się konsultacje społeczne, których do tej pory nie było. Formalnie więc nie wiadomo, czy pomysł nie powróci. Ja jestem przekonany, że nie, bo zarówno liczba jego przeciwników, jak i sama piątkowa debata pokazały, w jakim ogniu krytyki się znalazł. Tyle że indeks to tylko skutek, problemem jest brak konsultacji pomysłów ze strony rządowej i rzetelnej oceny skutków samych regulacji.
Konsultacji faktycznie nie było, ale czy rząd nie zbadał skutków regulacji? - Kiedy widzę, że w bramie biją ludzi, to rozwiązaniem nie jest zamknięcie bramy i udawanie, że nic złego nie dzieje. Rozwiązaniem jest wysłanie policji, by schwytała bandytę. Blokowanie złych stron nie spowodowałoby, że proceder zakończyłby się. Przestępcy nie mieliby żadnych problemów, by uciekać przed blokadą np. poprzez częstą zmianę adresów internetowych. Zresztą już dziś można ściągnąć z sieci programy, za pomocą których tego typu zapory skutecznie ominiemy. Czyli rządowe starania nie przyniosłyby większych efektów w dziedzinie ścigania przestępczości.
Ale powstałby precedens - istniałaby jakaś grupa zakazanych stron. - Jedynym zadaniem operatorów telekomunikacyjnych byłoby wtedy śledzenie ruchu w sieci i odcinanie nam dostępu, gdybyśmy chcieli wejść na jeden z zakazanych adresów. Mogę ufać, że ten rząd nie ma złych intencji, ale w demokratycznym państwie w przyszłości do władzy może dojść takie ugrupowanie, które będzie chciało rozszerzyć zakazaną listę np. o strony przeciwników politycznych.
Może warto - mimo wszystko - wprowadzić rejestr stron np. pedofilskich, tylko po to, by móc powiedzieć: "Na polskich serwerach nie damy tego robić! Polska się na to nie godzi". Czarna lista może zapobiegłaby temu, żeby nasz kraj nie stał się w przyszłości oazą takich serwisów, w sytuacji gdy inne państwa wprowadziłyby takie czarne listy? - Ale robią to tylko Chiny, Białoruś, Korea Północna i Iran. To pokazuje ligę, do której byśmy aspirowali. Dyskusja na ten temat w Niemczech zakończyła się rządowym kryzysem. Rząd, cenzurując internet, nawet w bezsprzecznie negatywnych sprawach jak pedofilia, co najwyżej chroniłby obywateli przed świadomością, że takie rzeczy się zdarzają. Zresztą trzeba przypomnieć, że strony z pedofilią zostały zaproponowane do rejestru niejako na doczepkę. Na początku na czarnej liście były strony z hazardem. Rząd zdawał się nie rozumieć, że internet jest globalny. Nie da się otoczyć Polski żelaznym kordonem i zabronić nam korzystania z legalnych serwisów internetowych tylko dlatego, że działają w innym kraju.
A może właśnie w piątek to zrozumiał? - Jestem umiarkowanym optymistą. Debata była przełomowa dlatego, że rząd po raz pierwszy zapytał Polaków: obywatele, powiedzcie, jakiego internetu chcecie? Ale ta dyskusja musi być kontynuowana. Dziś z różnych form komunikacji elektronicznej - internet, telefon komórkowy - korzysta w zasadzie każdy Polak. Mówimy więc o bardzo podstawowej rzeczy - o tym, jak ludzie mają ze sobą rozmawiać, według jakich reguł.
Blokowanie internautom dostępu do stron z treściami pedofilskimi to nie sposób na walkę z pedofilią w sieciZ Jakubem Śpiewakiem, prezesem zarządu Fundacji Kidprotect.pl walczącej z pedofilią w sieci, rozmawia Michał Stangret Podczas piątkowej debaty przekonywał pan premiera, że wprowadzenie czarnej listy stron internetowych jest bez sensu. Dlaczego człowiek, który walczy z pedofilią w sieci jest przeciwny blokowaniu takich stron? - Premier proponując, by część odgórnie blokowanych stron internetowych mają stanowić strony z treściami pedofilskimi, z pewnością chciał po prostu walczyć z pedofilią w sieci. Z tym, że to nie jest sposób skuteczny. Też bym chciał, żeby tych stron było mniej, a te, które się pojawiają - znikały. Policja może śledzić strony pedofilskie i doprowadzać do ich zamykania, a twórców przed sąd. Moim zdaniem premier to zrozumiał.
Rozumiem, że dotychczasowa walka z pedofilią w sieci daje dobre efekty? - Nie takie, jakbyśmy chcieli, ale blokowanie stron wiele tu nie pomoże. Ci, którzy tam działają, umieją uciekać przed namierzeniem przez służby, zakładają strony na stronach (serwerach?) za granicą, zmieniają je często, podobnie jak adresy internetowe.
Ale może gdyby takie strony były od razu odfiltrowywane, to mniej osób by z nich korzystało. - Ten, kto chciałby z nich skorzystać, używając programów łamiących blokady. Dziś priorytetem w walce z pedofilią w sieci jest znalezienie odpowiednich sposobów na namierzanie tych, którzy kręcą pedofilskie filmiki i wrzucają je do internetu, a także identyfikować osoby, które w tych filmikach występują. Trzeba je odnajdywać i pomagać, oferując fachową pomoc psychologa. Blokując takie strony ani nie pomagamy ofiarom, ani nie likwidujemy samego procederu. Wciąganie stron pedofilskich na czarne listy to złudna droga na skróty. Musimy sobie uzmysłowić, że internetowe treści takiej odgórnej filtracji zawsze będą się wymykać.
A więc co nam zostaje, jak nie blokady stron? - W ciągu kilku tygodni chcemy przedstawić premierowi, co faktycznie mógłby zrobić. Jesteśmy jeszcze w trakcie prac nad projektem. Chcemy m.in. zaproponować, by w policji powstała specjalna struktura wyłącznie do walki z pedofilią w sieci.
Artyści kontra ściągacze - debata "Metra" Zanim rząd zabrał się za regulowanie internetu, "Metro" rozpoczęło debatę o rozprzestrzeniającym się w nim piractwie. Wywołało ją wykradzenie i wrzucenie do sieci nowej płyty "Kultu" - we wrześniu zeszłego roku, na dwa tygodnie przed premierą. "To nie wolność, to złodziejstwo" - alarmowaliśmy i zaprosiliśmy do dyskusji o tym, jak przeciwstawić się internetowemu piractwu.
W setkach e-maili, jakie do nas przysłaliście, ujawnił się podział internautów na "wolnościowców" (którzy uważają, że w internecie wszystko jest dozwolone, a piractwo wręcz napędza popularność artystów) oraz na "tradycjonalistów", których zdaniem nielegalne ściągnięcie pliku z sieci to okradanie autorów.
Wszystkich zaskoczył Nergal, lider Behemotha, który w przeciwieństwie do większości artystów nie potępił ściągania: - Gdy ktoś mi mówi, że ściągnął sobie krążek Behemotha z sieci, nie potępiam tego. Sam to robię. Ale jeśli płyta mi się podoba, to ją kupuję.
Za to Jurek Owsiak uznał, że ściąganie jest jak włamanie: - Czy wybiłbyś szybę w samochodzie Kazika, by zabrać z tylnego siedzenia płytę, bo jeszcze nie masz jej na półce? - pytał.
W październiku zeszłego roku zorganizowaliśmy debatę pod hasłem "Artyści vs. Ściągacze". Wzięli w niej udział muzycy (m.in. Kazik, L.U.C czy Sidney Polak), przedstawiciele przemysłu muzycznego i działacze na rzecz otwartej kultury (m.in. Jarosław Lipszyc), prawnicy, medioznawcy, autorytety. "Musicie zrozumieć, że biznes związany ze sprzedażą płyt odchodzi, internet wszystko zmienia". Artyści odpowiadali: - Trzeba zmienić nawyki i myślenie o ściąganiu nielegalnych plików. Zacznijmy mówić "bierz tylko legalnie".
Zgoda była tylko co do jednego: o prawach autorskich powinno się uczyć w szkołach, już od najmłodszych lat. Nie osiągnięto jednak porozumienia co do treści, jakie na tych lekcjach uczniowie mieliby poznać.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl