>>
Jak dbać zimą o psie łapy - czytaj na Cafe Animal Ojcowie to wsparcie dla rodzącej i wyręka dla personelu Ja sama miałam przyjemność rodzić dwa razy we wspomnianym szpitalu im. S. Żeromskiego w Krakowie (serdecznie pozdrawiam panie położne) i nie płaciłam za poród rodzinny, ale generalnie te opłaty to czysty skandal. Szpital nie tylko nie ponosi żadnych kosztów, ale ma dodatkowy personel w postaci męża czy partnera rodzącej. To dzięki nim położne mogą spokojnie pozostawić pacjentki na czas długiej pierwszej fazy porodu. To oni pomagają nam zmieniać pozycje czy pójść do toalety. Masują plecy, trzymają za rękę i wołają położną lub lekarza, kiedy coś się dzieje. I tak powinno być. Jestem przekonana, że obecność partnera przyczynia się do obniżenia kosztów porodu.
Panie Mariuszu, nie pan jeden się źle czuje. Kilka lat temu, kiedy poród koleżanki się gwałtownie skomplikował, męża wyproszono, po czym przed podjęciem dalszych akcji podsunięto jej do podpisania papiery, w których miała się zrzec wszelkich pretensji i roszczeń do szpitala.
Panowie, nie dajcie się, pomagajcie nam, wspierajcie nas i czuwajcie nad wszystkim, wtedy kiedy my nie jesteśmy w stanie.
Mama z Krakowa
Nie namawiajmy do dawania łapówek Przeczytałem w "Metrze" pana list. Rozumiem, że jako rodzic może pan ulegać psychozie porodowej straszących się nawzajem kobiet, ale jako dziennikarz powinien sobie pan zdawać sprawę z wpływu na czytelników. Straszenie porodem bez "załatwiania" to namawianie do napędzania szarej strefy tzw. opłat, czyli zwyczajnych łapówek.
Rozumiem, że w trakcie porodu mogło dojść do powikłań, i jest pan rozżalony, ale tak się składa, że jako lekarz wiele czasu spędziłem na porodówkach i powikłania zdarzają się zawsze. U "protegowanych" pacjentek znacznie częściej, bo tzw. pomoc opłaconej położnej czy lekarza sprowadza się głównie do przyśpieszenia akcji porodowej poprzez stymulację farmakologiczną, co przyśpiesza akcję porodową, ale może mieć kiepskie skutki dla rodzącej i dziecka.
Apeluję do pańskiego dziennikarskiego sumienia o większą odpowiedzialność za publikowane materiały - prawda jest taka, że za granicą opieka nad ciężarną nie jest wcale lepsza i ilość powikłań okołoporodowych nie jest mniejsza. Tyle, że tam nikt nie płaci półlegalnie w szpitalach publicznych i nikt nie sugeruje, że tak jest bezpieczniej dla dziecka (a taki argument przekona każdego z rodziców). Jeśli chcemy, żeby w Polsce też tak było, nie trzeba tej psychozy napędzać.
Ginekolog-położnik
Od autora Podpisałem się pod listem i biorę za swoje słowa odpowiedzialność. Byłem podczas tego porodu i to, co przeżyłem w trakcie, a zwłaszcza po nim, nazwałbym traumą poporodową. Intencją mojego listu nie było skarżenie się na powikłania, tylko zwrócenie uwagi na to, jak traktuje się rodzące kobiety w centrum stolicy. Nie wiem, co było przyczyną blisko pięciominutowej - udanej - akcji przywoływania do życia mojej córki. Nie winię lekarzy. Ale nikt mi tego nie wyjaśnił, poza kilkoma zdawkowymi zdaniami. Nie ma też tego w dokumentacji, jaką mi wręczono przy wypisywaniu dziecka. Czy poród naturalny ma być za wszelką cenę wartością samą w sobie, czy też ważniejsze jest dobro matki i dziecka?
Zgadzam się z panem, że opłaty za dodatkową opiekę są wątpliwe ze strony prawnej, i też jestem ich przeciwnikiem, dopóki płacę składki na NFZ. Lekarze, położne i pielęgniarki dostają pensję za swoją pracę.
Ja dodatkowo nie zapłaciłem i teraz zastanawiam się, czy zrobiłem wszystko, by zminimalizować ryzyko przy porodzie mojej córki. Jeśli mamy płacić, to lepiej sprywatyzujmy to wszystko. Może w prywatnych szpitalach zdarzy się długo wyczekiwany cud w służbie zdrowia.
Mariusz Jałoszewski
Walka o samą ideę to za mało Czytając opis porodu pańskiego dziecka, pomyślałam sobie, jak wiele jeszcze pracy stoi przed takimi organizacjami jak nasza. Dostał pan "w pakiecie" w klinice na Karowej to wszystko, z czym od lat walczymy i co staramy się zmienić: nieżyczliwe, przedmiotowe traktowanie, brak informacji, konieczność wymuszania poprzez awanturę porodu z bliską osobą, poczucie, że za godne warunki rodzenia i właściwą opiekę medyczną trzeba dodatkowo zapłacić. Na sam koniec zostaje panu lęk o zdrowie dziecka i poczucie winy, że nie dopilnował pan osobiście wszystkiego.
Współczuję państwu, ale też cieszę się, że opisał pan to wszystko na łamach dziennika "Metro". O takim nieludzkim traktowaniu trzeba mówić głośno. Przykro mi jest jednak, że swój list opatrzył pan tytułem, który sugeruje, że rodzenie po ludzku to właśnie to, co pan opisał. Nie zgadzam się z tym. Dla mnie i dla wszystkich osób tworzących Fundację i pracujących w czasie akcji "Rodzić po ludzku" pojęcie to oznacza rodzenie z godnością, poszanowaniem intymności, poczuciem bezpieczeństwa, z osobą bliską. Nad tym pracujemy od kilkunastu lat i choć efekty przychodzą powoli, to sama idea "rodzenia po ludzku" się nie zmienia.
Anna Otffinowska