>>
Kot w podróży - czytaj na Cafe Animal Z Wiesławem Łagodzińskim z Głównego Urzędu Statystycznego rozmawia Michał Stangret
Grozi nam exodus małych miast? - Polacy są coraz bardziej mobilni. Co czwarty z nas codziennie dojeżdża dziś do pracy. Mieszkamy w jednym mieście, pracujemy w drugim, a że rynek pracy się zmienia, za chwilę znajdziemy pracę w trzecim mieście i tam pojedziemy. Dziś to my wybieramy miejsce.
Ważne jednak, że im mniejsza miejscowość, tym więcej dojeżdżających. I to jeszcze nie jest problem. Problem zaczyna się, gdy wszyscy mieszkańcy dojeżdżają albo wszyscy pracują na miejscu. W pierwszym przypadku takie miasto staje się sypialnią, życie powoli zamiera. W drugim jest prawdopodobieństwo, że miasto dotknie syndrom Ełku czy Łap - gdy upadnie główny zakład dający pracę, zacznie się zapaść.
Wtedy już nie tylko młodzi muszą wyjechać. - Raczej nie grożą nam puste meksykańskie miasta, gdzie hula wiatr i nie ma żywej duszy. Bo jeżeli nawet w którymś z miejsc dojdzie do takiej sytuacji, Polska znajduje się w zbyt dobrym położeniu geograficznym, by okazji nie wykorzystał nikt z zagranicy. Będzie tak jak w Hiszpanii, gdzie wiele małych miasteczek opustoszało, ale atrakcyjne ceny tamtejszych nieruchomości spowodowały, że wprowadzili się tam Brytyjczycy i te miejscowości znów ożyły. I nas takie miejsca stałyby się łakomym kąskiem dla Szwedów i Norwegów.
A co z aglomeracjami? Warszawa już liczy 2,5 mln osób. Ile jeszcze więcej pomieści? - Będzie jeszcze dużo, dużo większa. W perspektywie w Polsce powstanie co najmniej pięć wielkich miast. W centrum Warszawa-Radom-Łódź, na południu Kraków-Śląsk, być może Rzeszów, dalej: Wrocław-Jelenia Góra, potem Poznań-Gorzów, a na północy - gdy powstanie autostrada wzdłuż Wybrzeża - zabudowany zostanie cały pas od Szczecina do Trójmiasta. To będą luźno powiązane ze sobą niską zabudową struktury z centami finansowo-handlowymi.
Z prof. Andrzejem Rączaszkiem, demografem z akademii ekonomicznej w Katowicach, rozmawia Michał Stangret Doradcy premiera w raporcie "Polska 2030", który ma wyznaczać priorytety rozwojowe kraju, piszą, że wystarczy umożliwić rozwój największych polskim aglomeracjom, bo one pociągną za sobą mniejsze ośrodki. Problem w tym, że te mniejsze miasta skorzystają na rozwoju największych dopiero za kilkadziesiąt lat. Ale nikt się nie martwi, co z małymi miastami stanie się wcześniej. Czy grozi nam, że za kilkanaście lat powstaną w Polsce dziesiątki miast widm, z pustymi szkołami, uczelniami, za to pełnymi seniorów na ławkach w parkach? - Ważne, by lokalne władze znalazły jakiś pomysł na to, czym ich miasto mogłoby się wyróżniać, co może być jego marką i by na rozwój tego czegoś postawiły w inwestycjach. Weźmy taki Oxford - jest mały, a znalazł na siebie sposób. Dlaczego któreś z polskich miast np. Opole, Zielona Góra czy Białystok nie miałyby spróbować być polskim Oxfordem?
Tylko że polski Oxford mógłby być jeden, a tu już wymienił pan trzy miasta. - Będą musiały ze sobą konkurować. I władze polskich miast zdają sobie z tego coraz bardziej sprawę. Proszę zwrócić uwagę na wysyp ogólnopolskich kampanii reklamowych. Niektóre promują się nawet za granicą. Można aspirować do bycia stolicą innowacji, kultury, rekreacji. To jednak przełom, że w ratuszach zaczęto w końcu zastanawiać się wokół czego budować własne ja.
A i tak czego by nie wymyślili, małe miasto pewnie przegra z Warszawą, Krakowem czy Aglomeracją Śląską. To tu ludzie walą drzwiami i oknami. - Duże miasta też mają swoje problemy, np. komunikację, i jeśli chcą utrzymać tempo rozwoju, będą zmagać się z coraz większymi barierami rozwoju. Zmusi ich to do coraz większej konkurencji, bo nie potrzebujemy 40, tylko 4-5 metropolii. To właśnie mniejszym miastom sprzyja unijna polityka regionów, która ma funduszami wyrównywać różnice gospodarcze między regionami, a poza tym daje szansę słabym na rozwój, jeśli tylko mają pomysł.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl