Z prof. Magdaleną Środą, etykiem, feministką i zwolenniczką parytetów, rozmawia sceptyczna wobec parytetów Kinga Graczyk Czy polityka jest kobietą? - Nie. Ale powinna być strefą wspólnej aktywności, a na razie ma twarz mężczyzny. Spójrzmy do gazet: na zdjęciach politycznych są niemal wyłącznie mężczyźni. Wszystkie ważne spotkania, szczyty - to mężczyźni. Czasami bywa zdjęcie Angeli Merkel w otoczeniu mężczyzn. I tak jest na całym świecie. Dlaczego w świecie, który składa się z dwóch płci, wszystkie najważniejsze decyzje podejmują mężczyźni?
Mam wrażenie, że im więcej mówi się w Polsce o równouprawnieniu, tym coraz mniej kobiet w polityce i w Sejmie. - Jeśli podczas układania list wyborczych nie przestrzega się zasady równouprawnienia, odbiera się wyborcy możliwość jej przestrzegania w głosowaniu. Podczas ostatnich wyborów od tej dobrej praktyki odeszły choćby Platforma i SLD. We Francji partie wolą płacić kary, niż umieszczać kobiety na listach. My proponujemy, by lista ułożona niezgodnie z parytetem była nieważna. To skuteczny straszak.
Obawiam się, że partie będą na siłę wpychać na listy przypadkowe kobiety, tylko po to, by spełnić wymóg ustawy. - Jeśli zbada się grupę przypadkowych mężczyzn i przypadkowych kobiet, to okaże się, że kobiety są lepiej wykształcone, bardziej pracowite, zdrowsze i mocniej nakierowane na cel. Wniosek: nawet przypadkowe kobiety na listach wyborczych będą statystycznie lepsze od przypadkowych mężczyzn, a ci królują na nich od lat.
Przeciwnicy parytetów mówią: dzisiaj chcemy równości płci, jutro po parytety zgłoszą się rudzi i zielonoocy. - Ależ wśród rudych czy zielonookich są zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Więc parytet płci jest wystarczający. Na poważnie: w konstytucji wyraźnie napisane jest, że obie płcie powinny mieć równy dostęp do stanowisk. A go nie mają.
Czy kobiety politykę uzdrowią, sprawią, że stanie się spokojniejsza, bardziej etyczna? - Żeby na to odpowiedzieć, trzeba najpierw wprowadzić parytety. Kobiety nie wchodzą do polityki, żeby ona była lepsza, tylko żeby sprawiedliwości stało się zadość.
Dziś, ponieważ kobiet w parlamencie jest mało, muszą naśladować mężczyzn, bo inaczej się zagubią. Dlatego widzimy albo te ładne, albo te, które robią wokół siebie dużo szumu - jak niegdyś panie Hojarska czy Beger. Kobieta w polityce musi się zajmować albo aferami, albo sportem. Jeśli zajmuje się sprawami kobiecymi, jest marginalizowana. Jeśli kobiet będzie więcej, będą czuły się raźniej. Bo niezależnie od tego, czy są z prawicy, czy lewicy, tylko one wiedzą, czym jest macierzyństwo, kłopoty z byciem matką i pracownikiem jednocześnie, brakiem żłobków i przedszkoli. W takich sprawach kobiety muszą mieć wsparcie innych kobiet.
Minister ds. równego traktowania Elżbieta Radziszewska jest przeciw parytetom. - Pani Radziszewska nie nadaje się na to stanowisko. Miała jakieś w rządzie obiecane - nie załapała się na ministra zdrowia, to dostała tekę pocieszenia. W rzeczywistości pełni rolę łącznika premiera z biskupami. Wartości katolickie uważa za bardzo ważne, a równouprawnienie - za sprawę marginalną. Sądzę, że rząd zadba o to, by ostatecznie uchwalona ustawa z naszych 50 proc. dla kobiet zrobiła 30 proc. Obawiam się też, że m.in. Radziszewska zaskarży ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.
To byłby skandal! - Żyjemy w kraju Mrożka, w którym rzecznik praw obywatelskich jest zwolennikiem kary śmierci i nienawidzi feministek.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl